 |
Dodatek C. Proces Jezusa
Jednym z najlepszych dzieł napisanych kiedykolwiek na
temat prawniczych aspektów procesu, ukrzyżowania i
zmartwychwstania Jezusa Chrytusa jest dwutomowa książka
The Trial of Jesus (Proces Jezusa), której autorem jest
Walter M. Chandler, były sędzia Sądu Najwyższego
stanu Nowy Jork. (Innym autorytatywnym źródłem jest
dzieło Josefa Blinzlera o tym samym tytule: The Trial of
Jesus).
Podejście Chandlera do oceny świadectwa Apostołów
jest bardzo wartościowe. Jego praca to wspaniałe źródło
analizowania rzetelności nowotestamentowych opisów
zmartwychwstania. Sądzę, że materiał ten znacznie
poszerzy wiedzę czytelnika na temat faktów związanych
ze zmartwychwstaniem Chrystusa. Oto fragment tego dzieła:
Wiarygodność świadectwa opiera się na:
1. uczciwości świadków,
2. ich zdolności do powiedzenia prawdy,
3. liczbie świadków i zgodności ich świadectw,
4. zgodności świadectw z doświadczeniem,
5. zgodności świadectw z innymi okolicznościami.
Zastosujmy powyższe wymagania, w przedstawionej powyżej
kolejności, do ewangelistów.
1. Najpierw rozważmy problem ich
uczciwości.
Znaczenie słowa "uczciwość", które
zostanie tutaj wykorzystane, jest szczególne. Wiąże się
ono raczej z osobistą szczerością niż z osobistą
niewinnością i łączy się bardziej z krzywoprzysięstwem
aniżeli z innym pospolitym przestępstwem. Czy świadkowie
byli uczciwi? To znaczy, czy byli szczerzy? Czy
zamierzali powiedzieć prawdę? Czy sami wierzyli w to, o
czym świadczyli? Jeżeli tak, to choćby ich świadectwo
było fałszywe w rezultacie błędu w ocenie lub pomyłki
co do faktu, byli oni uczciwymi świadkami.
Tak więc test uczciwości należy zastosować do
ewangelistów - jako świadków faktów, o których
donoszą w Nowym Testamencie - w sensie szczerości. W
przeprowadzeniu tego testu pamiętajmy o naturze i
zakresie niniejszej pracy. Nie jest to traktat religijny,
dlatego też nie można pozwolić, aby czynnik
natchnienia wpływał na dyskusję czysto prawniczą i
historyczną. Ewangeliści muszą tu być traktowani jako
świeccy historycy, a nie jako natchnieni pisarze. W
badaniu ich wiarygodności powinny być zastosowane te
same zwyczajowe normy, które są wykorzystywane w
analizowaniu motywów postępowania zwykłych ludzi, w
zwykłych doświadczeniach i wydarzeniach codziennego życia.
Autorowi tej pracy obce jest uważanie ewangelistów za
dziwne i nadprzyrodzone istoty, poddane jakiemuś
nieziemskiemu wpływowi i działające pod kierownictwem
i ochroną jakiegoś bożka czy herosa.
Wydaje się, że dla zastosowania testu szczerości w
stosunku do ewangelistów konieczne jest przebadanie
jedynie dwóch kwestii: 1. ich charakteru, 2. ich motywów.
A to dlatego, że uczciwy charakter i prawy motyw dają w
rezultacie doskonałą szczerość. Tak więc należy
najpierw ustalić, czy autorzy Ewangelii byli ludźmi
dobrymi, czy złymi. W ich przypadku niemożliwe jest
jakieś stanowisko pośrednie. Związane z tym
zagadnienia i skutki, które zostały przez nie wywołane,
są zbyt poważne i zdumiewające, aby mogły być
wytworzone przez negatywne czy obojętne siły. Jeżeli
byli dobrymi ludźmi, to wierzyli w to, czego nauczali i
co pisali oraz byli szczerzy - gdyż inaczej świadomie
podsuwaliby światu oszustwo, co jest niezgodne z hipotezą,
iż byli oni dobrzy. Jeżeli zaś byli złymi ludźmi, to
między ich życiem a nauczaniem istnieje zasadnicza
sprzeczność. Byłoby to niezgodne z ich naturą, jako
że w swoich wypowiedziach i pismach zaprezentowali i głosili
oni najwznioślejsze prawdy znane ludziom. Takiego przesłania
historia nie zapisała nigdzie ani przed nimi, ani po
nich. Każdy myślący, poważny umysł od razu zapyta:
Czy ludzie źli, podstępni i obłudni mogliby stworzyć
postać, której doskonała czystość i bezgrzeszne piękno
zawstydzają umysłowe i duchowe przymioty każdego fałszywego
proroka i wszystkich pogańskich bogów? Zeus olimpijski,
swobodny wytwór wspaniałego intelektu greckiego, to mściwe
i zawzięte bóstwo - niewierny małżonek i pijany
uwodziciel. Mahomet, któremu setki milionów ludzi
oddaje cześć jako prorokowi natchnionemu przez Allacha,
był okrutny i zdradziecki w walce, a fałszywy i zmysłowy
w życiu prywatnym. Wielki Duch Indian udzielał nieśmiertelności
psom, ale nie dawał jej kobietom. Inne ohydne i potworne
przymioty deformowały obrazy i plamiły charaktery pogańskich
proroków i bóstw. Lecz Jezus z Nazaretu był czysty,
doskonały i twierdził, że jest Bogiem, a Jego słowa są
potwierdzane przez cały świat - zarówno wierzących,
jak i niewierzących. Wielkie prawdy, których nauczał
ten subtelny Nazarejczyk, przekazane dalej przez
ewangelistów, przyniosły ukojenie i uzdrowienie
narodom, ogłosiły i ustanowiły powszechne braterstwo wśród
ludzi. Czy jest prawdopodobne, aby taka postać została
wymyślona, a prawdy te ogłoszone przez nieuczciwych i
nieszczerych ludzi? Czy występek może być matką
cnoty? "Czy ludzie zbierają jabłka z cierni lub
figi z ostów?" Jeżeli Jezus nie był w rzeczywistości
tą świętą postacią, którą przedstawiają ewangeliści,
oznacza to, że stworzyli oni we wspaniałej fikcji
wzniosłą postać, która przewyższa najznakomitszych
bohaterów występujących w dziełach literatury świeckiej.
Tego ludzie o złym umyśle nie mogliby ani wymyślić,
ani wykonać. Niemożliwe jest wyciągnięcie z tych
rozważań jakiegoś innego wniosku, poza stwierdzeniem
absolutnej uczciwości i doskonałej szczerości
ewangelistów. Poza tym samo przeczytanie ich pism
pozostawia głębokie przekonanie, że byli to prawi i
pobożni ludzie.
Drugie zagadnienie dotyczące szczerości pisarzy
Ewangelii to ich motywy. Są one poważniejsze niż
sprawa charakteru. Jeżeli ewangeliści byli nieszczerzy
i nie wierzyli w swoje własne relacje, to jaki motyw
kierował nimi w czasie głoszenia ich, pisania i
oddawania za nie życia? Nie można uważać, że wszyscy
współczesni ludzie są całkowicie egoistyczni albo że
wszyscy byli tacy kiedyś. Istnieje jednak zgoda co do
tego, że pragnienie wynagrodzenia jest główną
przyczyną ludzkich działań, zarówno duchowych, jak i
fizycznych. Nagroda jest wielkim złotym kluczem, który
otwiera drzwi Świątyni Pracy. Jakaś forma
wynagrodzenia - teraz lub w przyszłości - wyjaśnia
wszelką działalność człowieka. Apostołowie także
działali zgodnie z tym prawem, ponieważ odkrywamy, że
kłócili się między sobą o miejsce i pierwszeństwo w
królestwie Bożym. Domagali się nawet od swego Mistrza
dokładnego wyjaśnienia natury ich wynagrodzenia za
wykonane prace i poniesione ofiary. Odpowiedź brzmiała,
że będą siedzieć na dwunastu tronach i sądzić dwanaście
pokoleń Izraela.
Zastosujmy teraz zasadę oczekiwania wynagrodzenia do
postępowania ewangelistów, wyrażającego się w głoszeniu
oraz pisaniu Ewangelii. Zauważmy zwłaszcza, w jaki sposób
rezultat naszego rozumowania odnosi się do zagadnienia
motywu w ludzkim postępowaniu. Najpierw jednak
przyjrzyjmy się przez chwilę sytuacji politycznej i
religijnej na początku posługi Apostołów. Mistrz i
Zbawiciel pierwszych chrześcijan został niedawno zgładzony
jako złoczyńca na krzyżu. Religia, którą Apostołowie
zaczęli głosić, była oparta na doktrynie nawrócenia,
oczyszczenia z grzechów, wiary w Ukrzyżowanego i wiary
w Jego powstanie z martwych. Chrześcijaństwo, dla którego
te elementy były najistotniejsze, chciało zniszczyć i
wyprzeć wszystkie inne religie. Nie proponowało żadnych
kompromisów, nie brało pod uwagę żadnych układów.
Uczniowie Nazarejczyka rzucili wyzwanie pogańskim bogom.
Nie prosili o łaskę i nie otrzymywali jej. Ta dziwna
wiara nie tylko zaprzeczała wszystkim innym religiom,
lecz także kpiła ze wszystkich wielkich rządów, które
nie były na niej oparte. Mała, lecz pełna poświęcenia
grupa już na samym początku skierowała przeciwko sobie
wszystkie inne religijne i świeckie siły świata.
Judaizm napiętnował tę nową wiarę jako nieposłuszną
i zbuntowaną córkę. Świat pogański określił ją
jako blagę i oszustwo, ponieważ jej doktryny były nie
znane Akademii, a jej nauki zostały wyśmiane zarówno
przez stoików, jak i przez epikurejczyków. Państwo
rzymskie zwróciło swe zazdrosne i czujne oczy na wyniosłe
pretensje systemu religijnego, który nauczał o bezsilności
królów i nie przypisywał znaczenia ziemskiemu królestwu.
Starając się więc rozwinąć tę nową wiarę i głosząc
jej nauki, czegóż innego mogli ewangeliści oczekiwać,
jak nie zaciekłej opozycji, której stawili czoło? Czyżby
naprawdę mieli nadzieję zobaczyć jak dumni i pyszni
saduceusze, którzy pogardzali zwykłym ludem, albo
arystokracja Rzymu, która przechwalała się nadludzką
doskonałością, z zadowoleniem przyjmą religię
nauczającą o absolutnej równości i powszechnym
braterstwie ludzi? Czyż nie oczekiwali raczej tego, co
rzeczywiście stało się ich udziałem - potwornych prześladowań,
strasznych tortur i okrutnej śmierci? To prowadzi nas do
pytania: Czy to było wynagrodzenie, którego szukali? Wróćmy
do pytania postawionego wcześniej: Jaki motyw mieli ci
ludzie, działając w ten sposób, jeżeli byli
nieuczciwi i nieszczerzy? Skoro wiedzieli, że to, co głoszą,
jest fałszerstwem, jakiej nagrody oczekiwali? Czy była
to nagroda ziemska, czy niebiańska? Nierozsądne jest
przyjmowanie, że oczekiwali oni nagrody ziemskiej, skoro
ich nauki skierowywały przeciwko nim każdego duchowego
czy doczesnego władcę, który miał jakieś zaszczyty
do nadania lub łaski do udzielenia. Czy oczekiwali
nagrody niebiańskiej? Śmieszne jest wyobrażanie sobie,
że spodziewali się oni zdobyć ją, głosząc na tym świecie
fałszerstwo. Nic nie mogłoby więc być bardziej
absurdalne niż twierdzenie, że pewna grupa ludzi związała
się ze sobą, że ludzie ci porzucili starożytną wiarę
ojców, przemienili całkowicie sposób swego życia,
odważnie wyznawali i praktykowali zasady cnoty, poświęcili
się bez reszty głoszeniu ludzkości pewnych prawd,
umarli śmiercią męczeńską - a wszystko dla sprawy
religii, o której wiedzieli, że jest fałszywa. Jeżeli
wierzyli, że nie jest ona fałszywa, to znaczy, że byli
szczerzy, i w ten sposób jeden z elementów ich
wiarygodności jest stwierdzony. W tym miejscu problemem
nie jest absolutna prawdziwość ich twierdzeń.
Twierdzenia te mogły być fałszywe, pomimo że ci, którzy
je wypowiadali, mogli wierzyć, iż są prawdziwe. Jest
to więc problem szczerości. Test szczerości jako
elementu wiarygodności opiera się na tej prostej
zasadzie, że ludzie bardziej wierzą słowom świadka,
jeżeli uważają, że świadek sam w nie wierzy.
2. Po drugie, w teście wiarygodności
ewangelistów jako świadków rozpatrzymy ich zdolność
do mówienia prawdy.
Autorzy podręczników dotyczących dowodu prawniczego
powszechnie się zgadzają, że zdolność do złożenia
prawdziwego i rzetelnego zeznania opiera się na dwóch
elementach:
1. naturalnych zdolnościach obserwacyjnych świadka,
które umożliwiają mu wyraźne postrzeganie faktów,
oraz sile jego pamięci, która umożliwia mu
zachowanie w pełni istoty faktu, którego dotyczy
jego świadectwo;
2. możliwości zaobserwowania przez świadka
spraw, o których świadczy.
W jakim stopniu autorzy Ewangelii posiadali pierwszą
z tych kwalifikacji - to jest zdolność obserwacji i siłę
pamięci? Nie możemy dowiedzieć się tego ani z
historii, ani z tradycji. Lecz z pewnością słusznie
postąpimy przyjmując za prawdę to, co prawo zakłada w
praktyce - że byli oni przynajmniej ludźmi zdrowymi na
umyśle i o przeciętnej inteligencji. Można dodać, że
to założenie działa na korzyść świadka tak długo,
dopóki nie pojawi się ktoś, kto temu zaprzeczy i wykaże
swą rację za pomocą kompetentnego i zadowalającego
materiału dowodowego. Sądzimy, że taki materiał
dowodowy w sprawie ewangelistów nigdy nie został
przedstawiony i nigdy nie będzie mógł być z
powodzeniem przedstawiony.
Poza tym prawniczym założeniem przemawiającym na korzyść
autorów Ewangelii istnieją pewne wskazówki, które
zmuszają nas do uwierzenia, że posiadali oni
odpowiednie kwalifikacje, aby autorytatywnie i rzetelnie
wypowiadać się o sprawach związanych z treścią
Ewangelii. Po pierwsze, same ich pisma wykazują ich
niezwykłą sprawność umysłową oraz inteligencję. Co
więcej, Ewangelie św. Łukasza i św. Jana przejawiają
elegancję stylu i wzniosłość wyobrażeń, które
niezaprzeczalnie świadczą o kulturze i głębi
intelektualnej ich autorów. Myślenie o autorach
Ewangelii jako o "ignoranckich rybakach" z
pewnością nie jest słuszne. Jeżeli nawet kiedyś byli
ignorantami, to w czasie tworzenia pism ewangelicznych z
pewnością już nimi nie byli. Fakt, że Ewangelie zostały
napisane w języku greckim przez Hebrajczyków, wskazuje,
że nie byli oni analfabetami.
Także zawody dwóch z nich są bardzo znaczące. Mateusz
był poborcą podatków, a Łukasz lekarzem. Obie te
profesje wymagają dobrej znajomości ludzi oraz
odpowiednich zdolności do obserwowania, rozróżniania i
analizowania.
Często twierdzi się jednak, że niezależnie od swoich
naturalnych zdolności ewangeliści byli stronniczymi
zwolennikami Jezusa i Jego nauki, a zagorzałymi
przeciwnikami wszelkich innych przekonań. Inaczej mówiąc,
byli jednocześnie entuzjastami i fanatykami. Z tego
powodu ich świadectwo uznaje się za nierzetelne. Jest
to bez wątpienia najsłabszy zarzut, uczyniony
kiedykolwiek wobec wiarygodności narracji ewangelicznych.
To, że autorzy Ewangelii nie byli ani fanatykami, ani
bezkrytycznymi entuzjastami, wynika wyraźnie z samego
tonu i stylu ich relacji. Język fanatyzmu i entuzjazmu
jest napuszony, obelżywy i krytykancki z jednej strony,
a pochlebny i czołobitny z drugiej. Entuzjasta nie zna
ograniczeń w chwaleniu tych, których sprawy broni.
Fanatyka nic nie powstrzymuje w jego oskarżeniach pod
adresem tych, którym się sprzeciwia. Najbardziej zaś
godną uwagi cechą charakterystyczną Nowego Testamentu
jest duch cichego dostojeństwa i prostej szczerości, który
przenika go całkowicie. Nigdzie nie ma najmniejszego śladu
zgorzknienia lub urazy. Wszędzie znajdujemy entuzjazm w
sensie zapału religijnego, lecz nigdzie w znaczeniu
niezdrowego podniecenia lub nie przemyślanego wysuwania
błahych zarzutów. Trzy, pełne wydarzeń, lata działalności
Jezusa dawały wiele okazji do wyrażenia w pismach
ewangelicznych złości i słownych napaści na wrogów.
Zamordowanie Jana Chrzciciela dokonane przez Heroda, jego
podstępne plany skierowane przeciwko Jezusowi,
nieustanne śledzenie Mistrza przez szpiegów Sanhedrynu,
ukrzyżowanie z rozkazu Poncjusza Piłata - czegóż więcej
potrzeba, aby wprowadzić wściekłość do serca i aby
krew zawrzała w żyłach? Nigdzie jednak nie znajdujemy
najmniejszego przejawu gwałtownych uczuć czy niezrównoważonych
emocji. Postać Piłata, zarysowana w Nowym Testamencie,
jest najlepszą ilustracją uczciwości i wielkoduszności
autorów Ewangelii. Filon i Józef opisują tego
rzymskiego prokuratora jako mściwego, okrutnego i
upartego człowieka. Jedyna łagodna wzmianka o Piłacie,
która przetrwała ze starożytnego świata do naszych
czasów, zawarta jest w pismach ludzi, którzy bardziej
niż wszyscy inni byliby usprawiedliwieni, gdyby opisali
go jako tchórza i nikczemnika. Zamiast ukazać go jako
potwora, dzięki opisom powtarzanych przez niego prób
uwolnienia Jezusa przedstawili go jako postać posiadającą
sumienie i litość w sercu. Fanatycy i entuzjaści nie
postąpiliby w ten sposób.
Brak uprzedzeń w sercach i umysłach ewangelistów
uwidacznia się także przez fakt, że nie obawiali się
oni zapisać swoich własnych śmiesznych słabostek i głupich
błędów, i ogłosili je światu. Gotowość uczynienia
tego jest jednym z najpewniejszych znamion prawdomównego
umysłu. To przecież "deklaracja wbrew interesom",
mówiąc językiem prawniczym. Takim deklaracjom daje się
wiarę, ponieważ powszechnie zaobserwowano, iż ludzie
nie wymyślają opowiadań na swoją niekorzyść. "Gdy
znajdujemy je u jakiegokolwiek autora - mówi prof.
Fisher w swoim dziele Grounds of Theistic and Christian
Belief - stanowi to silną przesłankę na korzyść jego
prawdomówności w innych sprawach". Wiele tekstów
Nowego Testamentu stawia Jezusa i Apostołów w
najbardziej niekorzystnym świetle wobec świata.
Wyparcie się Mistrza przez Piotra i zdradzenie Go przez
Judasza, ucieczka Jedenastu z Ogrodu Oliwnego w czasie
aresztowania Jezusa, śmieszna próba Piotra chodzenia po
wodzie i jego niepowodzenie z powodu braku wiary, częste
dziecinne sprzeczki między uczniami o miejsce i pierwszeństwo
w oczach Jezusa i w Jego królestwie, wysłanie posłańców
przez Jana Chrzciciela do Jezusa, aby zapytać Go, czy
On, Jezus, jest Mesjaszem - gdy już przedtem Jezus
spotkał się z Janem Chrzcicielem i został przez niego
ochrzczony, przekonanie rodziny Jezusa, że jest On szaleńcem
i fakt, że Jego sąsiedzi z Nazaretu próbowali Go zabić
przez strącenie z góry - te wszystkie fakty stanowiły
pożywkę dla sceptycznego krytycyzmu w każdym wieku. Równie
dobrze mogłyby one być opuszczone w historii
ewangelicznej - i byłyby opuszczone, gdyby Ewangelie
napisali ludzie nieprawdomówni.
Warto zaobserwować jeszcze, gdy chodzi o sprawę
uprzedzeń, że sceptycy stosują inne reguły krytyki do
literatury świętej niż do literatury świeckiej.
Twierdzą oni zgodnie, że ewangeliści nie są godni
zaufania, ponieważ ich pisma zapisują słowa i czyny
ich własnego Pana i Mistrza. Twierdzą, że ta święta
i bliska więź osobowa zmąciła osąd i zaślepiła
ich, a przez to uniemożliwiła im opisanie w sposób
prawdziwy faktów i okoliczności związanych z życiem i
posługą twórcy ich wiary. Lecz ci sami krytycy nie
stosują tych samych testów wiarygodności wobec pisarzy
świeckich, którzy znajdowali się w podobnych
sytuacjach. Komentarze Cezara oraz Anabaza Ksenofonta
opisują wielkie czyny i wspaniałe osiągnięcia swoich
autorów. Fakt ten nie podważa jednak ich rzetelności
jako zapisów historycznych w ocenie tych, którzy
twierdzą, że prawdomówność autorów Ewangelii
powinna być odrzucona na podstawie ich uprzedzenia i
stronniczości. Pamiętniki Ksenofonta Wspomnienia o
Sokratesie to hołd ucznia pełnego uznania i podziwu dla
mistrza. A jednak wszystkie uniwersytety na świecie
korzystają z tego dzieła jako podręcznika do nauczania
o życiu i stylu konwersacji wielkiego ateńskiego
filozofa. Nikt nigdy nie twierdził, że intymna więź
między Ksenofontem a Sokratesem wpłynęła na
wiarygodność autora pamiętników. Najlepsza biografia
w języku angielskim to Życie doktora Samuela Johnsona,
książka napisana przez Boswella. Podziw Boswella dla
doktora Johnsona był niemalże bałwochwalczy. W pewnych
miejscach jego usłużne pochwały wobec wielkiego
Anglika przybierają formę odrażających pochlebstw.
Pomimo to dzieło jest monumentalnym wkładem do historii
literatury. Encyclopaedia Britannica podaje, że: "Boswell
napisał najlepszą biografię, jaką świat dotychczas
widział". Dlaczego nie odrzucono tej książki,
skoro jej autor przejawiał niemalże psią służalczość
wobec człowieka, którego życie opisywał? Jeżeli należy
uznać za nierzetelne pisma św. Mateusza, św. Marka, św.
Łukasza i św. Jana - na podstawie uprzedzeń - dlaczego
nie zrobić tego samego z Cezarem, Ksenofontem i
Boswellem? Pozwalam sobie zauważyć, że nie ma żadnej
metodologicznej różnicy między testami wiarygodności,
które należy stosować wobec pisarzy ksiąg świętych,
a tymi, które należy stosować wobec autorów dzieł świeckich.
Sprawiedliwa i słuszna krytyka będzie przestrzegała
tych samych reguł w stosunku do obu grup twórców.
Jeżeli chodzi o drugą wspomnianą powyżej kwalifikację
w ramach drugiego prawniczego testu wiarygodności
przedstawionego przez Starkiego, to znaczy możliwość
obserwowania faktów i okoliczności, o których składane
jest świadectwo, można spokojnie powiedzieć, że większość
ewangelistów posiadła tę zdolność w najwyższym
stopniu. Najbardziej przekonującym świadectwem, które
może być przedstawione podczas procesu sądowego, jest
naoczne świadectwo kogoś, kto widział lub słyszał
to, o czym świadczy. Można słusznie przyjąć, że
wszyscy autorzy Ewangelii byli naocznymi świadkami większości
wydarzeń opisanych przez nich w opowieściach
ewangelicznych. Zarówno św. Mateusz, jak i św. Jan są
tymi spośród Dwunastu, którzy nieustannie towarzyszyli
Mistrzowi w Jego podróżach, słuchali Jego nauk, byli
świadkami dokonanych przez Niego cudów i głosili Jego
naukę, gdy odszedł. Bardzo prawdopodobne jest, że św.
Marek był także naocznym świadkiem wydarzeń życia i
posługi Zbawiciela. Powszechnie przyjmuje się obecnie,
że autor drugiej Ewangelii był tym młodym człowiekiem,
który zrzucił prześcieradło, którym był okryty i
uciekł z Ogrodu Oliwnego w czasie aresztowania Jezusa.
Skoro Marek był rzeczywiście obecny w środku nocy w
ogrodzie Getsemani i próbował poprzez cienie drzew
dostrzec, co się stanie z Nazarejczykiem, bardziej niż
prawdopodobne jest, że był on także świadkiem wielu
innych wydarzeń z życia i działalności wielkiego
Nauczyciela. Niezależnie jednak od tego czy jest to
prawda, czy nie, bardzo mocne oparcie znajduje
twierdzenie, że druga Ewangelia została przekazana
Markowi przez św. Piotra, który równie dobrze znał
wszystkie czyny i słowa Jezusa jak Mateusz i Jan. Starożytni
pisarze chrześcijańscy jednomyślnie świadczą, że
Marek napisał przypisywaną mu Ewangelię pod dyktando
Piotra. Jeżeli ich świadectwo jest prawdziwe, to
rzeczywistym autorem drugiej Ewangelii jest Piotr. Według
opinii sceptyka Renana, Ewangelia według św. Marka
została napisana przez naocznego świadka: "W
Ewangelii Marka fakty są relacjonowane z wyrazistością,
której próżno szukalibyśmy wśród innych ewangelistów.
Ma on upodobanie w podawaniu pewnych słów Jezusa w języku
syro-chaldejskim. Tekst pełen jest dokładnych
obserwacji, pochodzących bez wątpienia od naocznego świadka.
Nic nie powstrzymuje nas od zgodzenia się z Papiaszem,
że owym naocznym świadkiem, który szedł z Jezusem,
kochał Go i obserwował z bliska, i który zachował
wspaniały Jego obraz, był sam apostoł Piotr". Ten
sam autor stwierdza, że Mateusz był naocznym świadkiem
opisywanych przez siebie wydarzeń: "W całości
zgadzam się z autentycznością czterech Ewangelii
kanonicznych. Według mojej opinii wszystkie one pochodzą
z pierwszego wieku, a ich autorami są, mówiąc ogólnie,
ci, którym są one przypisywane. Ich wartość
historyczna jest jednak różna. Mateusz niewątpliwie
zasługuje na nieograniczone zaufanie w sprawie nauk
Jezusa. Są to owe Logia, szczegółowe notatki pochodzące
z jasnej i żywej pamięci nauczania Jezusa".
Z początkowych wersetów Ewangelii według św. Łukasza
wynika, że był on naocznym świadkiem wielu spraw, które
opisywał, i że inne wydarzenia znał z relacji
naocznych świadków. Zwracając się do swego patrona
Teofila, zapewnia go, że ci, którzy przekazali mu
informacje zawarte w Ewangelii, byli naocznymi świadkami.
Następnie Łukasz dodaje: "Postanowiłem więc i ja
zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil
(...)". Oznacza to, że Łukasz, pragnąc udzielić
pełnej informacji Teofilowi, uzupełnił swoją osobistą
wiedzę dodatkowymi faktami uzyskanymi od naocznych świadków
tych wydarzeń, których on sam nie widział, nie będąc
jednym z Dwunastu.
Św. Jan posiadał szczególne kwalifikacje do
zapisywania słów i czynów Chrystusa. Jest on nazwany
"uczniem, którego Jezus miłował". Przebywał
ze Zbawicielem we wszystkich najważniejszych chwilach w
najgłębszej bliskości i przyjaźni. Podczas Ostatniej
Wieczerzy jego głowa spoczywała z zaufaniem i miłością
na piersi Mistrza. Wraz z Piotrem i Jakubem był on świadkiem
wskrzeszenia córki Jaira. Był także obecny na Górze
Przemienienia oraz przy pojmaniu Zbawiciela w Ogrodzie
Oliwnym. Jezus, wisząc na krzyżu, złożył na niego
troskę o swoją Matkę. Wyprzedziwszy Piotra, Jan był
pierwszym spośród Dwunastu, który przybył do pustego
grobu. Dzięki znajomości z najwyższym kapłanem mógł
on wejść do jego pałacu i być obecny na procesie
Jezusa oraz sprowadzić tam Piotra, swojego przyjaciela.
Wyraźnie widać więc, że ewangeliści mieli doskonałą
możliwość - z każdego punktu widzenia - aby prawdomównie
i w rzetelny sposób zapisać wydarzenia przedstawione w
narracjach ewangelicznych. Jako naoczni świadkowie z
pewnością posiadali lepsze kwalifikacje do napisania
prawdziwej historii wydarzeń, które miały wtedy
miejsce, niż historycy i krytycy, żyjący wieki później.
Często twierdzi się jednak, że nawet jeżeli ewangeliści
byli naocznymi świadkami głównych wydarzeń, które
opisali, uczynili to tak długo po tych wydarzeniach, że
zdążyli je już zapomnieć lub pomieszać je z różnymi
tradycjami, które pojawiły się w międzyczasie. Może
być nieco prawdy w tym twierdzeniu, ale nie tyle, aby
zniszczyć wiarygodność świadków takich wydarzeń,
jak ukrzyżowanie lub zmartwychwstanie Jezusa. Nie są to
wydarzenia łatwe do zapomnienia czy pomieszania z innymi.
Daty spisania poszczególnych Ewangelii nie są znane. A
jednak prof. Holtzmann z Heidelbergu (o którym nie można
powiedzieć, że był zwolennikiem chrześcijaństwa,
ponieważ przez kilka lat był przywódcą wolnomyślicieli
w Wielkim Księstwie Badenii) po wielu latach dokładnych
badań nad tym problemem ogłosił, że Ewangelie
synoptyczne (pierwsze trzy) zostały napisane między
rokiem 60 a 80 po Chr. Tak więc miało to miejsce ok.
trzydzieści do pięćdziesięciu lat po śmierci Jezusa.
Czy ludzie o przeciętnej pamięci i inteligencji, którzy
nieomal codziennie podczas tych trzydziestu do pięćdziesięciu
lat nauczali o życiu i czynach Jezusa mogli je zapomnieć?
W tym miejscu bardzo przydatna okazuje się opinia
doktora Drummonda z Oxfordu, który powiedział: "Skoro
przyjmujemy, że Ewangelie synoptyczne zostały napisane
czterdzieści do sześćdziesięciu lat po okresie życia
Chrystusa (a przecież były oparte na wcześniejszym
materiale), to wiedzmy, że nawet po czterdziestu latach
pamięć charakterystycznych powiedzeń może być
doskonale wyraźna... Nie posiadam szczególnie dobrej
pamięci, lecz potrafię sobie przypomnieć wiele słów
wypowiedzianych czterdzieści, a nawet pięćdziesiąt
lat temu, w niektórych zaś przypadkach mogę w żywy
sposób odtworzyć sobie nawet całą scenę".
Jeżeli ewangeliści byli naocznymi świadkami, a na to
wyraźnie wskazują sporządzone przez nich opisy, jest
to jeden z najsilniejszych argumentów przemawiających
za ich wiarygodnością.
3. Po trzecie, istotne są liczba i
zgodność ich świadectw.
Wiarygodność świadka wzrasta poważnie, jeżeli
jego relacja jest poparta przez innego świadka, który
zeznaje w tej samej sprawie. Im większa liczba świadków
- przy wykluczeniu oszustwa i zmowy - tym większa
wiarygodność potwierdzanego świadectwa. Lecz
potwierdzenie to wymaga istnienia należytej i rozsądnej
zgodności między tymi świadectwami. Poważna niezgodność
w jakiejś istotnej sprawie nie tylko wzmaga
niewiarygodność jednego świadka czy obu, lecz niszczy
ją.
Najgorętszy ogień sceptycznej krytyki w ciągu wieków
koncentrował się na tzw. sprzecznościach w narracjach
ewangelicznych.
Wielu znawców problemu zgadza się, że sprzeczności i
niezgodności mogą powstać bez jakiejkolwiek intencji błędnego
przedstawienia faktów. Mogą one zostać wywołane nagłą
zmianą pozycji jednej lub drugiej strony, powodującą
rozproszenie uwagi w czasie, w którym miały miejsce
badane wydarzenia, oraz wieloma innymi czynnikami.
Uznanie tego faktu bardzo pomoże w jasnym rozumieniu tej
fazy naszych rozważań.
Zbadanie zarzutu niezgodności postawionego autorom
Ewangelii pokazuje, że krytycy i sceptycy
zaklasyfikowali jako sprzeczności jedynie opuszczenia.
Nic nie może być bardziej absurdalne, niż uznanie
opuszczenia za sprzeczność, chyba że opuszczone fakty
i okoliczności były istotne dla całości zagadnienia
albo że zostały w oczywisty sposób zamierzone w celu
wprowadzenia w błąd lub zwiedzenia. Każde inne podejście
obciążyłoby całą literaturę historyczną zarzutem
sprzeczności i narobiłoby w niej bałaganu. Panowanie
Tyberiusza zostało szeroko opisane przez Kasjusza Diona,
Tacyta i Swetoniusza. Każdy z nich wspomina o wielu
wydarzeniach, o których nie wspominają pozostali dwaj.
Czy mamy odrzucić wszystkich trzech jako nierzetelnych
historyków z powodu tego faktu? Biografie Napoleona
Bonaparte zostały napisane przez Abbotta, Hazlitta,
Bouriena i Waltera Scotta. Żaden z nich nie powtarza
wszystkich faktów podanych przez innych. Czy te
opuszczenia mają zniszczyć zasługi wszystkich tych
pisarzy i sprawić, że będziemy uważać ich za
podejrzanych i niewiarygodnych? W historii literatury
angielskiej wysoko cenione są kroniki Graftona. Obejmują
one panowanie króla Jana bez Ziemi, a jednak nie
wspominają nic o nadaniu Wielkiej Karty Swobód. To tak,
jak gdyby życie Jeffersona zostało opisane bez wzmianki
o Deklaracji Niepodległości albo biografia Lincolna bez
zwrócenia uwagi na Proklamację Wyzwolenia. Pomimo tego
dziwnego opuszczenia Anglicy uważają kroniki Graftona
za wartościowe źródła archiwalne. Taki sam duch pobłażliwej
krytyki jest okazywany wobec innych dzieł literatury świeckiej.
Przeciwnicy chrześcijaństwa nigdy nie kłopoczą się tłumaczeniem
czy wyjaśnianiem opuszczeń jako sprzeczności, zwłaszcza
gdy autorem jest człowiek świecki piszący na tematy świeckie.
Lecz jeżeli temat jest święty, a autor jest członkiem
Kościoła - np. kaznodzieją, księdzem czy prorokiem -
natychmiast niedowierzanie się wzmaga, pochłania rozsądek
i niszczy wszelką obiektywną krytykę. Gdyby na chwilę
zapomniano, że św. Mateusz, św. Marek, św. Łukasz i
św. Jan byli biografami Chrystusa, nie zwracano by uwagi
na niezgodności ich opisów, nie podnoszono by żadnych
zarzutów w sprawie ich wiarygodności. Niewielkie
niezgodności, które niewątpliwie istnieją, przeszłyby
nie zauważone lub zostałyby na zawsze pogrzebane pod ciężarem
przekonania, że opisy te są w swej zasadniczej części
rzetelne i prawdziwe.
Sceptycy mówią jednak, że ewangeliści byli prowadzeni
przez natchnienie, które powinno wykluczyć wszelkie
niezgodności. Bóg nie natchnąłby ich do zapisania
wzajemnie sprzecznych historii. Tymczasem przesłanka, że
twierdzili oni, iż są prowadzeni przez natchnienie,
jest fałszywa. Jak słusznie zauważył Marcus Dods:
"Żadna z naszych Ewangelii nie podaje się za
nieomylną ani nawet za natchnioną. Tylko jeden z
ewangelistów mówi nam, w jaki sposób uzyskał swoje
informacje, a sposobem tym było dokładne badanie
odpowiednich źródeł".
Czy ewangeliści byli natchnieni, czy też nie, to nie ma
znaczenia, jeśli chodzi o cel tego rozdziału. Reguły
badania wiarygodności materiału dowodowego są takie
same w obu przypadkach.
Nikt nie dokonał odpowiedniejszej obserwacji na temat
niezgodności w Ewangeliach niż Paley w swojej książce
Evidences of Christianity, w której pisze: "Nie
znam bardziej nie przemyślanej i nienaukowej postawy, niż
odrzucanie treści jakiejś historii z powodu różnicy w
przedstawianych w związku z nią okolicznościach.
Zazwyczaj ludzkie świadectwo ma charakter substancjalnej
prawdy pod okolicznościową różnorodnością. Tego
naucza codzienne doświadczenie procesów sądowych.
Opisy przebiegu jakiegoś wydarzenia pochodzące z ust różnych
świadków z reguły charakteryzują się możliwymi do
wykazania - pozornymi lub rzeczywistymi - niezgodnościami.
Te niezgodności są pracowicie wychwytywane przez stronę
przeciwną, ale zazwyczaj nie wywołują większego wrażenia
na sędziach. Wprost przeciwnie, dokładna i szczegółowa
zgodność wzbudza podejrzenie o zmowę i oszustwo. Gdy
spisywane historie dotyczą tego samego wydarzenia, porównanie
ich prawie zawsze dostarcza podstaw dla podobnej
refleksji. Pojawiają się liczne, czasem istotne różnice.
Nierzadko można znaleźć także oczywiste i poważne
sprzeczności. Ani te różnice, ani sprzeczności nie są
jednak wystarczające, aby powątpiewać w wiarygodność
głównego faktu. Poselstwo Żydów, mające sprzeciwić
się umieszczeniu z rozkazu Klaudiusza jego posągu w świątyni
jerozolimskiej, Filon umieszcza w okresie żniw, a Józef
w okresie siewów - przy czym obaj są pisarzami współczesnymi
w stosunku do opisywanych wydarzeń. Ta sprzeczność nie
prowadzi żadnego czytelnika do powątpiewania w fakt wysłania
takiego poselstwa lub wydania takiego rozkazu. Nasza własna
historia dostarcza przykładów tego samego rodzaju. Godną
uwagi sprzeczność znajdujemy w opisie śmierci Marquisa
z Argyll podczas panowania Karola II. Lord Clarendon
donosi, że został on skazany na powieszenie i że wyrok
wykonano tego samego dnia. Z drugiej strony Burnet,
Woodrow, Heath, Echard stwierdzają coś odmiennego, a
mianowicie, że został on skazany w sobotę, a wyrok
wykonano w poniedziałek. Czy jakikolwiek badacz historii
angielskiej był kiedyś na tyle sceptyczny, aby wobec
tych relacji postawić pytanie, czy egzekucja Marquisa z
Argyll została wykonana, czy też nie? Gdyby oprzeć się
na zasadach, według których jest czasami atakowana
historia chrześcijaństwa, odpowiedź na to pytanie
powinna pozostać w sferze niepewności."
Czytelnik powinien starannie rozważyć potwierdzający
wpływ nieznacznych niezgodności opisów Ewangelii na
sprawę wiarygodności ewangelistów. Pewna grupa ludzi
wyobraża sobie, że autorzy Ewangelii byli zwykłymi
konspiratorami, którzy spotkali się w pewnym czasie i
miejscu, aby wymyślić sposoby przedstawienia światu fałszywego
raportu. Jest to niemądre założenie, ponieważ wiemy,
że Ewangelie zostały zredagowane i napisane w różnych
czasach i miejscach. Co więcej, sam styl i treść tych
ksiąg wyklucza podejrzenie o umowę w celu oszustwa.
Poza tym, właśnie owe niezgodności wskazują, że nie
było żadnej "zmowy i oszustwa", ponieważ
inteligentni konspiratorzy sfabrykowaliby dokładnie taką
samą historię i opowiedzieli ją takim samym językiem.
Sprawiedliwa i bezstronna krytyka weźmie pod uwagę w
historiach Nowego Testamentu elementy nie tylko
niezgodne, lecz także potwierdzające się wzajemnie.
Nie należy zapominać, że autorzy Ewangelii byli
niezależnymi od siebie historykami, którzy pisali w różnych
czasach i miejscach. Tak więc o wszystkich istotnych
sprawach, w których istnieje między nimi powszechna
zgoda, można powiedzieć, że w pełni potwierdzają się
nawzajem. Można także stwierdzić bez najmniejszej
obawy, że przy obiektywnym spojrzeniu nietrudno znaleźć
dla każdego przypadku niezgodności kilka przypadków całkowitej
zbieżności.
Elementy wzajemnego potwierdzania się w narracjach
Ewangelii mogą być uporządkowane według trzech
kategorii:
1. Przypadki, w których pewne wydarzenia
historyczne, opisywane przez jednego z ewangelistów,
są także przedstawiane przez jednego (lub więcej)
z pozostałych. To są przypadki zwyczajnego
potwierdzania się.
2. Przypadki, w których przedstawienie pewnego
faktu przez jednego z ewangelistów byłoby niejasne
lub bezsensowne bez wyjaśnienia lub uzupełnienia go
przez innego. Można uważać to za przykłady
potwierdzenia wewnętrznego.
3. Przypadki, w których fakt stwierdzony przez
jednego z ewangelistów musi być prawdziwy z natury
rzeczy, niezależnie od tego, co piszą inni. To jest
zwykłe potwierdzenie "zdroworozsądkowe".
Kilka przykładów pomoże w zrozumieniu tego uporządkowania.
W pierwszym punkcie - "zwyczajnego potwierdzenia"
- można wymienić opis cudu nakarmienia pięciu tysięcy
ludzi. Wszyscy ewangeliści mówią nam o tym wydarzeniu
i każdy zapisuje fakt, że zebrano dwanaście pełnych
koszy ułomków.
W drugim punkcie - "potwierdzenia wewnętrznego"
- można przedstawić następujące przykłady:
Mt 26,67-68: "Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i
bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili:
>Prorokuj nam, Mesjaszu, kto cię uderzył?<".
Czepiający się wszystkiego krytyk mógłby zapytać:
"Dlaczego żądali oni od Chrystusa, aby prorokował
wobec nich?" Niejasność ta byłaby trudna do wyjaśnienia,
gdyby nie dodatkowe zdanie w Ewangelii św. Łukasza, który
opisuje to samo wydarzenie. "Zasłaniali Mu oczy i
pytali: >Prorokuj, kto Cię uderzył<" (Łk 22,64).
Podany przez Łukasza fakt, że Jezus miał zasłonięte
oczy, wyjaśnia, dlaczego Mateusz posłużył się słowem
"prorokuj", które inaczej byłoby absurdalne.
J 6,5: "Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał,
że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do
Filipa: >Skąd kupimy chleba, aby oni się
posilili?<". To jest jedno z dwóch miejsc w
Ewangelii, w których Jezus zwraca się do tego Apostoła.
Dlaczego jednak zwrócił się właśnie do Filipa, a nie
do kogoś innego? Dwa inne teksty, jeden z Ewangelii wg
św. Jana, a drugi z Ewangelii wg św. Łukasza, podają
wyjaśnienie. W J 1,44 czytamy, że "Filip pochodził
z Betsaidy". W Łk 9,10 dowiadujemy się, że cud
nakarmienia pięciu tysięcy ludzi miał miejsce na
pustyni, niedaleko miasta Betsaida. Jasny więc staje się
powód, dla którego Jezus zwrócił się do Filipa, a
nie do któregoś innego Apostoła. Betsaida była
rodzinnym miastem Filipa, dlatego więc w naturalny sposób
on lepiej niż inni mógł orientować się co do
miejsca, w którym można było kupić chleb. W 6
rozdziale Ewangelii wg św. Jana, gdzie zadane jest to
pytanie, ani miejsce nakarmienia tłumów, ani Apostoł,
do którego jest ono skierowane, nie mają żadnego powiązania
z miastem Betsaidą. W Łk 9,12-14 opis tego cudu nic nie
mówi o Filipie ani o pytaniu mu postawionym. Lecz gdy połączy
się te teksty, wyjaśnienie jest całkowite.
J 18,10: "Wówczas Szymon Piotr, mając przy sobie
miecz, dobył go, uderzył sługę arcykapłana i odciął
mu prawe ucho. A słudze było na imię Malchos".
Stawiano zarzut, że nigdzie nie ma opisu aresztowania
Piotra albo wymierzenia mu kary za ten zamach i opór
wobec uzbrojonej władzy. Wnioskowano z tego, że takie
wydarzenie nie miało miejsca. Tekst z Ewangelii wg św.
Łukasza wyjaśnia jednak, dlaczego nie dokonało się
aresztowanie: "Lecz Jezus odpowiedział: >Przestańcie,
dosyć!<. I dotknąwszy ucha, uzdrowił go" (Łk
22,51). Uzdrowienie ucha wyjaśnia, dlaczego nie dokonano
aresztowania; gdyby bowiem wniesiono zarzut, nie byłoby
żadnego dowodu tego przestępstwa. Co więcej, świadkowie
zeznający przeciwko Piotrowi byliby całkowicie
zmieszani i upokorzeni rezultatami tego cudu i mogliby
zostać wyrzuceni z sądu jako złośliwi oskarżyciele.
Tak więc brak aresztowania jest milczącym
potwierdzeniem informacji, że takie wydarzenie miało
miejsce i że został dokonany cud.
W trzeciej kategorii - potwierdzenia "zdroworozsądkowego"
- wystarczy jeden przykład.
J 20,4: "(...) drugi uczeń wyprzedził Piotra i
przybył pierwszy do grobu". Tym "drugim
uczniem" był św. Jan, co do którego panuje
powszechna zgoda, iż był najmłodszym z Apostołów.
Jak możemy natomiast wnioskować z J 21,18, św. Piotr
miał już za sobą wiosnę życia. Cóż więc bardziej
naturalnego niż to, że młodszy mężczyzna wyprzedził
starszego i dotarł pierwszy do grobu? Następnie, jako młodszy,
poczekał na przybycie starszego, zanim rozpoczął
badanie opuszczonego grobu. Jakiego lepszego dowodu młodzieńczego
szacunku i skromności moglibyśmy oczekiwać niż ta
postawa (która to właśnie sprawiła, że Jan był droższy
Jezusowi niż inni)?
Można by mnożyć wiele przykładów podobnych do tego,
ponieważ historie ewangeliczne są nimi wypełnione.
Przedstawione jednak powyżej przykłady wystarczają całkowicie
do zilustrowania teorii wzajemnego potwierdzania się
Ewangelii. Przypadki wewnętrznego potwierdzania się
narracji Nowego Testamentu są szczególnie przekonujące.
Są to argumenty i dowody mające naturę nie
zamierzonych zbieżności, które wykluczają wszelką możliwość
zmowy lub oszustwa. W większości przypadków
przedstawiają one wyizolowaną myśl potwierdzającą się
wzajemnie z innymi, wyrażonymi gdzieś indziej. Choć
pozornie nieistotne, niezależne od siebie i
fragmentaryczne, gdy zostaną zebrane i połączone, działają
z siłą niemożliwą do odparcia, podobnie jak cząsteczki
dynamitu.
Raz jeszcze uwagę naszą zwraca fakt, że niezgodności
zaprzeczają całkowicie poglądowi, iż autorzy
Ewangelii byli w zmowie, mając na celu zwiedzenie ludzkości
przez przedstawienie światu fałszywej historii. Nic nie
mogłoby być bardziej absurdalne niż stwierdzenie, że
ludzie zmawiający się, aby rozpowszechnić oszustwo,
zaniedbaliby fundamentalną zasadę leżącą u podstaw
wszelkiej skutecznej konspiracji. Zasadą tą jest
stworzenie i zachowanie, przy układaniu planów służących
realizacji ich wspólnego zamiaru, zgodności między słowami
i czynami. Jeżeli więc nie było uprzedniej zmowy,
fakt, że czterech ludzi piszących w różnym czasie i w
różnych miejscach zgadza się ze sobą, przedstawiając
treściowo tę samą historię, jest jednym z
najsilniejszych dowodów wiarygodności tych autorów i
prawdziwości ich narracji. W tym miejscu można zacytować
świadectwo pewnego wielkiego pisarza: "Jeżeli nie
miała miejsca uprzednia zmowa, w kilku zgodnych świadectwach
zawarte jest prawdopodobieństwo większe niż to, które
byłoby sumą prawdopodobieństw, będących rezultatami
zeznań poszczególnych świadków; prawdopodobieństwo,
które pozostaje w mocy, nawet gdyby charakter tych świadków
wskazywał, że nie zasługują w ogóle na wiarę. To
prawdopodobieństwo powstaje z samej zgodności. Szansa,
ażeby taka zgodność powstała przypadkowo, jest jak
jeden do nieskończoności, tzn., mówiąc innymi słowy,
nie ma takiej szansy. Jeżeli więc wykluczyć zmowę,
nie pozostaje nic innego, jak prawdziwość faktu".
Po zastosowaniu teorii prawdopodobieństwa - w sytuacji,
w której nie było żadnej uprzedniej zmowy - do
ewangelistów, jesteśmy przekonani, że byli oni prawdomówni
i że podane przez nich historie są prawdziwe.
4. Rozważmy teraz zgodność świadectwa
ewangelistów z ludzkim doświadczeniem. Jest to czwarty
test prawniczy wiarygodności świadka przedstawiony
przez Starkiego.
Zgodność świadectwa z doświadczeniem jest jednym z
najskuteczniejszych i najpowszechniej używanych testów
wiarygodności świadka. Warto dodać, że jego
stosowanie nie jest ograniczone do przewodów sądowych i
do procesów prawniczych. Skuteczne korzystanie z tego
testu nie wymaga żadnych zawodowych kwalifikacji w
dziedzinie prawa. Kowal i cieśla w równym stopniu jak sędzia
użytkują go w każdym procesie myślowym, w którym
stwierdzenia innych są poddawane analizie i badaniu. Jeżeli
przedstawiona zostaje jakaś nowa teoria, której
prawdziwość jest kwestionowana, stosuje się od razu
test zgodności z doświadczeniem. Jeżeli teoria ta nie
jest zgodna z tym, co widzimy, słyszymy i czujemy,
zazwyczaj odrzucamy ją albo przynajmniej w nią wątpimy.
Gdyby jakiś badacz powrócił z regionów arktycznych i
powiedział nam, że widział pomarańcze - takie, jakie
importujemy z Florydy - rosnące na drzewach niedaleko
bieguna północnego, nie uwierzylibyśmy mu. Nie dalibyśmy
także wiary twierdzeniom podróżnika z Ameryki Południowej,
który mówiłby, że widział niedźwiedzie polarne żyjące
na brzegach Amazonki. Te informacje byłyby całkowicie
niezgodne z tym, co wiemy na temat istotnych warunków
uprawy pomarańczy, i z powszechnie znanymi zwyczajami i
upodobaniami klimatycznymi niedźwiedzia polarnego.
Dokument z lat życia Washingtona i rewolucji amerykańskiej,
zawierający wzmianki o autostradach, telegrafach,
telefonach i żarówkach elektrycznych byłby od razu
uznany za fałszywy, ponieważ zarówno nasze własne doświadczenia,
jak i fakty historyczne mówią nam, że nie było takich
rzeczy w czasach Washingtona i rewolucji amerykańskiej.
To są przykładowe ilustracje zastosowania testu zgodności
z doświadczeniem w umysłowym procesie oceniania i
przesiewania świadectwa innych ludzi.
W stosunku do wiarygodności autorów Ewangelii nie
przedstawiono żadnego poważnego zastrzeżenia wynikającego
z testu zgodności podawanych przez nich informacji z doświadczeniem.
Powszechnie jest przyjmowane, nawet przez sceptyków, że
fakty podane w Nowym Testamencie mogły się wydarzyć w
normalnym biegu natury i w zgodzie z ludzkim doświadczeniem
- z wyjątkiem sytuacji, w których opisywane są cuda.
Kilku sceptyków ogłosiło, że cud jest niemożliwością
i że ewangeliści, pisząc swoje relacje o cudownych
czynach Jezusa, albo zwodzili innych, albo sami byli
zwiedzeni. Tak więc, skoro albo byli zwiedzeni, albo
zwodzili innych, nie są godni wiary. Spinoza, wielki
przeciwnik cudów, który twierdził, że są one niemożliwe,
napisał: "Cud - czy to przeciwny naturze, czy
przekraczający naturę - jest czystym absurdem. Nic nie
wydarza się w naturze, co nie pochodzi z jej praw; prawa
te rozszerzają się na wszystko, co pojawia się w umyśle
Bożym i w końcu natura toczy się w ustalony i
niezmienny sposób - z tego wynika, że słowo
>cud< może być rozumiane jedynie w relacji do
opinii ludzi i nie oznacza nigdy nic innego niż
wydarzenie i zjawisko, którego przyczyna nie może być
wyjaśniona przez inny podobny przypadek... Mógłbym więc
powiedzieć, że cudem jest to, czego przyczyna nie może
być wyjaśniona przez nasze rozumowanie oparte na
znanych zasadach tego, co naturalne".
Radykalny sprzeciw Spinozy wobec wiary w cuda, które są
opisane w Nowym Testamencie, był nieuniknionym
rezultatem jego szczególnej filozofii. Spinoza był
panteistą i utożsamiał Boga z naturą. Nie wierzył w
Boga osobowego, oddzielonego od natury i wyższego od
niej. Odrzucał koncepcję duchowego królestwa posiadającego
duchowego władcę, któremu ziemia i natura są poddane
i posłuszne. Tak więc każdy przejaw mocy, którego nie
mógł utożsamić z naturalną siłą, uznawał za
nierealny, a nawet za zwodniczy i oszukańczy; nie mógł
bowiem wyobrazić sobie niczego wyższego od natury, co
mogłoby stworzyć to zjawisko. Tak więc jego sprzeciw
wobec cudów nie był w rzeczywistości niczym więcej niż
zaprzeczeniem istnienia osobowego Boga, który na początku
swym słowem powołał ziemię do istnienia i który od
tamtej chwili czujnym ojcowskim okiem śledzi jej ruchy i
rządzi jej przeznaczeniem.
Problem cudów jest w rzeczywistości sprawą wiary, a
nie nauki. Niemożliwe jest zarówno potwierdzenie, jak i
zanegowanie cudu przez demonstrację przyrodniczą.
Innymi słowy, niemożliwe jest analizowanie cudu z
punktu widzenia chemii czy fizyki. Fakt cudu może być
jednak udowodniony przez zwykłe ludzkie świadectwo, tak
jak może być przez nie udowodnione każde inne
wydarzenie. Możemy świadczyć o jakimś fakcie nawet
wtedy, gdy nie potrafimy go zrozumieć ani przedstawić
jego przyczyny.
Ci, którzy wierzą, że w świecie istnieją oddzielne
siły duchowe i fizyczne, że istnieje wszechwiedząca i
wszechmogąca Istota Duchowa, która sama swoją wolą może
stworzyć planetę albo zniszczyć materię w celu
zrealizowania swego zamiaru, ci z łatwością uwierzą w
działanie mocy sprawiającej cuda. Ci, którzy wierzą w
biblijny opis stworzenia, w to, że Bóg powiedział na
początku: "Niechaj się stanie światłość"
- i stała się światłość - nie będą mieli żadnej
trudności z uwierzeniem, że Jezus zamienił wodę w
wino albo sprawił, że chromy człowiek zaczął chodzić.
Jeżeli był On tym samym Bogiem, "objawionym w
ciele", który przy poranku stworzenia swoim słowem
powołał coś z niczego, z pewnością mógł przywrócić
życie Łazarzowi i wzrok ślepemu Bartymeuszowi.
Problem filozofii Spinozy leży w tym, że jego własna
najwyższa kapłanka - natura - wydaje się nieustannie
działać cuda według jego własnej definicji - i to właśnie
cuda, które bardzo przypominają te, o których mówi się,
że zostały dokonane przez Chrystusa. Mleko jest
wprowadzane do żołądka, poddawane różnym procesom
rozkładu i potem wprowadzane do krwi, aż w końcu staje
się ciałem i kośćmi. Ostateczny krok tego procesu
transformacji jest nieznany i być może niemożliwy do
poznania przez naukowców. Nowy Testament nie przedstawia
żadnej głębszej tajemnicy. Przemiana wody w wino nie
jest niczym dziwniejszym, niczym bardziej niezrozumiałym,
niż przemiana mleka w ciało i kości. Ktoś może
twierdzić, że w jednym z tych procesów składniki
chemiczne pozostają te same, podczas gdy w drugim różnią
się. Niemniej rezultaty obu tych procesów pasują
doskonale do definicji Spinozy, że "cudem jest to,
czego przyczyna nie może być wyjaśniona przez nasze
rozumowanie oparte na znanych zasadach tego, co naturalne".
Można zgodnie z prawdą stwierdzić, że natura zawsze i
wszędzie działa cuda zgodne z cudami dokonywanymi przez
siły duchowe wszechświata i paralelne wobec nich.
Wszechpotężnym cudem Boga jest przemiana człowieka z
istoty cielesnej i grzesznej w ducha, dzięki czemu człowiek
może opuścić tę ziemię dla życia w niebie. Natura
na swój nieudolny sposób próbuje naśladować ten cud,
przekształcając gąsienicę w motyla, sprawiając, że
może opuścić gnojowisko dla życia wśród kwiatów.
Spinoza twierdzi, że cuda są niemożliwe, ponieważ
"natura rozwija się w sposób ustalony i niezmienny".
Lecz czy to jest rzeczywiście prawdziwe? Czy prawa
natury są niezmiennie takie same? Czy sama natura nie
wydaje się czasem zmęczona jednostajnością i nie
postanawia wznieść się ku wolności przez stworzenie
czegoś, co nazywamy cudem albo inaczej "wybrykiem
natury"? Działając w zakresie tego, co Spinozie
spodobało się nazwać "ustalonym i niezmiennym
biegiem rzeczy", natura zazwyczaj daje kurczakom
dwie nogi, a wężowi jedną głowę. Zdarzają się
jednak kurczaki, które mają trzy nogi i węże, które
mają dwie głowy. Czy natura działała swym ustalonym i
niezmiennym biegiem, gdy je stwarzała? Czy Spinoza mógłby
wyjaśnić to zjawisko przez swoje "naturalne
rozumowanie oparte na znanych zasadach tego, co naturalne"?
Czy zadowoliłby się nazwaniem ich naturalnymi "przypadkami"
czy "wybrykami natury"? Tak czy owak, według
jego definicji są to cuda i cały ten temat musi być omówiony
w powiązaniu z jakąś normą czy definicją cudu. Jeżeli
natura czasami zmienia swoje własne prawa i stwarza to,
co nazywamy "wybrykami", to dlaczego nierozsądne
miałoby być założenie, że wielki Bóg, który
stworzył naturę, mógłby czasami zawieszać prawa, które
stworzył dla rządzenia wszechświatem, albo nawet -
przy dokonywaniu tych zjawisk, które my nazywamy cudami
- zrezygnować z nich dla pewnych celów?
Inni sceptycy - jak Renan - nie zaprzeczają możliwości
cudów, lecz zadowalają się jedynie stwierdzeniem, że
nie ma wystarczającego dowodu, iż takowe miały kiedyś
miejsce. W ten sposób odrzucają świadectwa Apostołów.
Renan powiedział: "Tak więc nie w imię tej czy
innej filozofii, lecz w imię powszechnego doświadczenia
wyrzucamy cuda z historii. Mówimy, że do chwili obecnej
żaden cud nie został udowodniony". Breton, biograf
i filozof, przedstawił nam swoje testy, które powinny
być przeprowadzone, aby udowodnić, iż dokonany został
cud. Napisał on: "Co należy zrobić, jeżeli jutro
pojawi się jakiś cudotwórca, który będzie miał
wystarczające referencje, aby z nim rozmawiać, i ogłosi,
że jest w stanie, powiedzmy, wskrzeszać martwych? Należałoby
powołać komisję złożoną z fizjologów, fizyków,
chemików i innych naukowców. Ta komisja dokonałaby
wyboru ciała, upewniłaby się, że śmierć jest
rzeczywista, wybrała pokój, w którym miałby zostać
dokonany eksperyment, zorganizowałaby cały system środków
ostrożności, tak aby nie powstały żadne wątpliwości.
Gdyby w takich warunkach dokonano wskrzeszenia, osiągnięte
zostałoby prawdopodobieńswo niemalże równe pewności.
Zawsze jednak musiałoby być możliwe powtarzanie
eksperymentu - ponownie wykonywanie tego, co raz zostało
zrobione; dokonanie cudu nie mogłoby napotykać żadnych
trudności... Cudotwórca musiałby powtarzać swój
cudowny akt w innych okolicznościach, w innych miejscach
i na innych ciałach. Gdyby cud wydarzał się za każdym
razem, udowodnione zostałyby dwie rzeczy: po pierwsze,
że w tym świecie zdarzają się nadprzyrodzone
wydarzenia; po drugie, że moc dokonywania cudów należy
do pewnych osób lub została im udzielona. Któż jednak
zaprzeczy, że żaden cud nigdy nie miał miejsca w
takich okolicznościach? Dotychczas zawsze cudotwórca
wybierał przedmiot eksperymentu, wybierał miejsce i
publiczność".
Jest to wyjątek ze sławnego Życia Jezusa Renana, którego
zamiarem jest podważenie opisów Ewangelii dotyczących
cudów Chrystusa. Nie będzie przesadą powiedzenie, że
ten wielki sceptyk nie wykazał się w tym przypadku swą
zwykłą szczerością w dyskusji. W pośredni sposób
porównał Jezusa do cudotwórcy i na zakończenie
stwierdził, że przy dokonywaniu swoich cudów wybierał
On "przedmiot eksperymentu, wybierał miejsce i
publiczność". Każdy badacz Nowego Testamentu wie,
że fakty i okoliczności dotyczące dokonywania cudów
przez Chrystusa są inne. Prawdą jest, że wulgarna
ciekawość i czepiająca się wszystkiego niewiara nie
zostały usatysfakcjonowane obecnością specjalnie
wybranych "fizjologów, fizyków i chemików".
Równie prawdziwe jest jednak to, że nikt nie zabraniał
obecności takim ludziom; nie miała miejsca żadna próba
ukrywania się czy tajemniczości. Nigdy nie były też
wybierane przedmioty eksperymentu, jakieś szczególne
miejsca czy specjalna publiczność. Cuda Nowego
Testamentu dokonywały się zazwyczaj pod gołym niebem,
na ulicy czy przy drodze, na zboczu góry, w obecności
wielu ludzi - zarówno przyjaciół, jak i wrogów Jezusa.
Nie było żadnych ogłoszeń czy poszukiwania "przedmiotów
eksperymentu". Jezus - daleki od wybierania
przedmiotu cudu, miejsca i publiczności - przejawiał
swoją cudowną moc wobec tych, którzy przychodzili do
Niego sami, ponieważ cierpieli z powodu jakiejś
strasznej choroby i prosili o uzdrowienie. W niektórych
przypadkach choroba trwała bardzo długo i była dobrze
znana w otoczeniu chorego. Uzdrowienie dokonywało się
publicznie i było poświadczone przez wielu ludzi.
Renan proponuje, aby przed uwierzeniem w pełni owemu
cudotwórcy wspomnianemu w jego przykładzie wymagać od
niego powtarzania aktu wskrzeszenia z martwych. To
przywodzi nam na myśl fakt, iż Jezus dokonywał wielu
cudów. W narracjach ewangelicznych opisano ich ponad
czterdzieści; w wersecie kończącym Ewangelię wg św.
Jana istnieje wyraźne stwierdzenie, iż Jezus dokonał
wielu cudów, które nie zostały nigdy zapisane. Te, które
spisano, zostały uznane z całym szacunkiem za w zupełności
wystarczające do udowodnienia Jego cudownej mocy.
Jakąkolwiek formę przyjmie niewiara w swoim sprzeciwie
wobec zjawiska cudu, centralnym jej punktem będzie
zawsze twierdzenie, iż takie rzeczy nie zostały
potwierdzone doświadczalnie. Z tego wyprowadza się
wniosek mówiący, że autorzy Ewangelii nie podołali
testowi wiarygodności, ponieważ świadomie
przedstawiali wydarzenia, które nie mogły mieć miejsca.
Nie trzeba pomniejszać wartości tego konkretnego testu,
należy jednak stwierdzić, że nic nie jest bardziej
zwodnicze od tego, co nie jest właściwie określone i
ograniczone. Należy pamiętać, że doświadczenie
jednego człowieka, jednego narodu czy jednego pokolenia
nie musi być identyczne z doświadczeniem innego człowieka,
narodu czy pokolenia. Szczegółowy proces techniczny
zastosowany przez Egipcjan w budowaniu piramid jest w
takim samym stopniu tajemnicą dla współczesnych
naukowców jak zasady działania radia dla tubylców z
Nowej Gwinei. Kultury Wschodu i Zachodu prezentują wobec
siebie zbliżone nieraz do cudów formy różnorodności
w sposobie bycia, nawykach, zwyczajach, stylach myślenia
i życia. Francuz będzie mówił: "Jestem
najlepszym farbiarzem w Europie, nikt nie może mi dorównać
i nikt nie może przewyższyć Lyonu". A jednak w
Kaszmirze, gdzie dziewczęta wykonują szale o wartości
kilkudziesięciu tysięcy dolarów, pokażą mu trzysta różnych
kolorów, których nie tylko nie będzie mógł wykonać,
lecz nawet rozróżnić. Walter Scott w swoich Opowieściach
krzyżowców przejmująco opisuje spotkanie między
Turkiem Saladynem a Anglikiem Ryszardem Lwie Serce.
Saladyn poprosił Ryszarda, aby pokazał mu swoją
przedziwną siłę. Normandzki monarcha podniósł z podłogi
żelazną sztabę i złamał ją. Muzułmanin był
zdumiony. Następnie Ryszard zapytał, co on potrafi
zrobić. Saladyn odparł, że nie potrafi łamać żelaza,
lecz może zrobić coś równie cudownego. Następnie zdjął
z sofy puchową poduszkę i przeciągnął po niej
ostrzem swej damasceńskiej szabli, która rozcięła
poduszkę na dwie części. Ryszard wykrzyknął w
zdumieniu: "To jest czarna magia, to jakaś sztuczka
szatańska; nie można przeciąć tego, co nie stawia
oporu". Tutaj siła Zachodu i magia Wschodu spotkały
się i dokonały w swojej obecności rzeczy, które
wydawały się cudami. W swoim wielkim wykładzie pt.
Zagubione sztuki Wendell Philips opowiada, jak kiedyś
George Thompson powiedział mu, że widział w Kalkucie
pewnego człowieka, który rzucał w powietrze surowy
jedwab, a jakiś Hindus ciął go na kawałki swoim pałaszem.
Szermierz z Zachodu nie potrafił tego zrobić.
Ludzie sprzeciwiający się cudom często pytają,
dlaczego nie dokonują się one dzisiaj, dlaczego nigdy
ich nie widzimy. Można by na to odpowiedzieć, że według
definicji Spinozy cuda dokonywane są dzisiaj nie tylko
przez naturę, lecz także przez człowieka. Czy Edison
byłby nazywany "magikiem" i "czarodziejem",
jeśliby ludzie nie wierzyli w jego wynalazki? Lecz czy
twierdzenie, że nie widzimy dzisiaj cudów podobnych do
tych, których dokonywał Jezus, jest jakimkolwiek
argumentem przeciwko ich prawdziwości? Czyż w przeszłości
nie działy się rzeczy, które nigdy się nie powtórzą?
Wspominaliśmy już o piramidach egipskich i o zaginionej
sztuce ich wznoszenia. Dalszym przykładem może być
pochodzenie człowieka. Prawdziwa jest niewątpliwie
jedna z dwóch teorii: albo pierwszy mężczyzna i
pierwsza kobieta przyszli na ten świat nie rodząc się,
albo mężczyzna i kobieta są wytworem ewolucji, pochodząc
od niższych gatunków zwierzęcych. Żadne inne teorie
nie zostały przedstawione. Otóż pewne jest, że współczesne
pokolenia nie doświadczyły żadnej z tych rzeczy,
ponieważ wszystkie istoty ludzkie żyjące dzisiaj bez wątpienia
narodziły się z innych istot ludzkich i pewne jest także,
że proces ewolucji zatrzymał się dawno temu, ponieważ
ludzie byli tak samo doskonali fizycznie i umysłowo
cztery tysiące lat temu, jak są dzisiaj. Innymi słowy,
procesy, które doprowadziły do powstania człowieka,
należą do przeszłości, ponieważ nie doświadczamy
dzisiaj ani ogrodu Eden, ani nie dokonuje się żadna
powszechna metamorfoza małp. Tak więc twierdzenie, że
cuda Jezusa nie wydarzyły się, ponieważ nie zdarzają
się podobne rzeczy dzisiaj, jest zaprzeczeniem wydarzeń
w historii niepodważalnych tylko z tego powodu, że
takie wydarzenia nie są znane nam i naszemu pokoleniu.
Uznawanie za fałsz wszystkiego, czego osobiście nie
zobaczyliśmy, nie usłyszeliśmy i nie odczuwaliśmy, byłoby
niezmiernym ograniczeniem naszej perspektywy umysłowej.
Nawet gdybyśmy dołączyli do tego doświadczenia innych
ludzi, których widzieliśmy i znamy, nasz horyzont
intelektualny nie powiększyłby się zbytnio. Wiele
informacji jest przekazywanych telegraficznie i o wielu
sprawach dowiadujemy się od podróżników, których słowa
powinniśmy przyjmować za prawdziwe, choć ich relacje
nie mają żadnego związku z tym, co kiedykolwiek
widzieliśmy czy słyszeliśmy. W przeciwnym wypadku
bylibyśmy takimi głupcami jak ów król syjamski, który
nie uwierzył słowom ambasadora Holandii, iż w jego
kraju często woda zamarza i przyjmuje postać ciała stałego.
W gorącym klimacie Półwyspu Indochińskiego król ów
nigdy nie widział lodu i dlatego nie uwierzył, że coś
takiego może dziać się gdzie indziej.
Zgodność z doświadczeniem będzie najbardziej
logicznym i rozsądnym testem, jeżeli zostanie
odpowiednio rozszerzona, tak aby obejmowała wszystkie
materialne aspekty badanego przedmiotu. Jest natomiast
testem najbardziej zawodnym, jeżeli upieramy się przy
ocenianiu materialnego i duchowego wszechświata - z jego
nieskończoną różnorodnością form i przemian - przez
ograniczone doświadczenie prostego i wyizolowanego życia
albo przez szczególne normy jakiegoś wieku czy rasy.
Przy takim rozumieniu tego testu niemożliwy byłby rozwój
cywilizacyjny, ponieważ każde pokolenie ludzi musiałoby
zaczynać od nowa i byłoby ograniczone do korzystania z
rezultatów swojego własnego doświadczenia. Co więcej,
kierowanie się taką zasadą uniemożliwiłoby akceptację
praw natury odkrytych drogą rozumowania przez uczonych
albo stwierdzonych dzięki badaniom fizycznym i
chemicznym, dopóki prawda ta nie stałaby się dostępna
powszechnemu doświadczeniu. Każdy człowiek byłby więc
wtedy jak ten niedowierzający obywatel, który po usłyszeniu,
że z Baltimore do Waszyngtonu przysłano depeszę ogłaszającą
nominację Jamesa K. Polka w wyborach prezydenckich, odmówiłby
uwierzenia w nią, dopóki sam nie mógłby stwierdzić
tego, będąc obecny jednocześnie na obu końcach linii.
Telegrafia jest jednak rzeczywistością, nawet wbrew
niedowierzaniu i brakowi doświadczenia. Amerykańscy
tubylcy, którzy pierwsi oglądali okręty Kolumba,
podobno uważali je za potężne ptaki z niebios i nie
mogli uwierzyć, że są to łodzie, ponieważ nigdy nie
widzieli łodzi ze skrzydłami. Herodot opowiada o śmiałych
żeglarzach, którzy popłynęli wzdłuż wybrzeży
Afryki dalej niż zazwyczaj pływało się w tamtych
czasach. Wrócili z cudowną relacją ze swojej podróży
i opowiadali, że dopłynęli do kraju, w którym ich
cienie w południe wskazywały kierunek południowy. Nie
uwierzono im, a ich relacje zostały odrzucone przez
mieszkańców wybrzeży Morza Śródziemnego z kpiną i
pogardą, ponieważ jedynym ich doświadczeniem było to,
że cień człowieka w południe zawsze wskazuje kierunek
północny. Nie wierzyli, aby było możliwe, by cienie
mogły wskazywać inny kierunek. A jednak, mimo to,
relacje żeglarzy były prawdziwe.
Te proste przykłady pouczają nas, że inni ludzie mieli
doświadczenia nie tylko różne od wszystkiego, co
kiedykolwiek sami przeżywaliśmy, lecz także
niezrozumiałe dla nas w danej chwili albo i zawsze. Morał
tej prawdy zastosowany do ewangelistów opisujących cuda
brzmi, że szczęśliwi uczestnicy i świadkowie
cudownych czynów Jezusa mogli poznać doświadczenia, których
my nigdy nie mieliśmy i których nie możemy obecnie dokładnie
zrozumieć.
5. Po piąte i ostatnie - należy zbadać
zgodność świadectwa z innymi okolicznościami.
Jest to główny test wiarygodności we wszystkich
tych przypadkach, w których świadek nie żyje, jest
nieobecny lub chory psychicznie, a jego relacja jest
przedstawiana na piśmie. W takich warunkach niemożliwe
jest zastosowanie tego, co można by określić jako
osobiste przesłuchanie świadka przez stronę przeciwną.
Innymi słowy, niemożliwe jest krytyczne zbadanie - w
takim stopniu jak wtedy, gdy żyje on i świadczy ustnie
- takich cech, jak: uprzedzenia, przesądy i zachowanie
się świadka. Jeżeli świadectwo pisemne jest
wszystkim, co mamy, jego rzetelność może być
stwierdzona jedynie przez dokładne badanie jego części,
porównywanie ich nawzajem ze sobą, a następnie porównywanie
ich z równoległymi, współczesnymi im faktami i
okolicznościami. Test ten jest niezmiernie ważny.
Greenleaf przedstawił dokładnie i treściwie podstawę,
na której się on opiera: "Każde wydarzenie, które
rzeczywiście miało miejsce, ma swoje odpowiednie
miejsce w szerokim i skomplikowanym strumieniu okoliczności,
na który składają się działania ludzi; zawdzięcza
swoje istnienie wydarzeniom, które je poprzedziły, jest
blisko związane z wszystkimi wydarzeniami, które
wydarzyły się w tym samym czasie i miejscu, a często
także z tymi, które wydarzyły się w odległych częściach
świata, i samo z kolei daje początek niezliczonym innym
następującym po nich wydarzeniom. W całym tym niemalże
niepojętym splocie i pozornym bałaganie istnieje
doskonała zgodność. Skoro więc fakt, który rzeczywiście
miał miejsce, jest dokładnie dopasowany do każdego
innego współczesnego mu i związanego z nim - choćby w
najmniejszym stopniu - wydarzenia, niemożliwe jest, aby
rozum ludzki wymyślił historię, która po dokładnym
porównaniu z prawdziwymi wydarzeniami z tego samego
miejsca i czasu mogła nie zostać rozpoznana jako fałszywa".
Zasada ta daje szerokie pole do wykazania umiejętności
stawiania pytań przez stronę przeciwną i umożliwia
jej często wydobycie prawdy i wykrycie fałszerstwa tam,
gdzie wszystkie inne testy zawiodły. Zasada ta jest także
doskonale znana krzywoprzysiężcom i ludziom przekupującym
świadków. Fałszywy świadek starannie unika wielości
szczegółów, ucieka przed tym, co konkretne i sądzi,
że jego bezpieczeństwo spoczywa w ograniczeniu świadectwa
- tak bardzo, jak tylko jest to możliwe - do
pojedynczego faktu, który ma niewiele powiązań z
innymi faktami i okolicznościami, a i te są proste. Gdy
świadek jest zbyt wielkim ignorantem, aby rozumieć tę
zasadę i docenić związane z nią niebezpieczeństwo,
współpracujący z nim prawnik - jeżeli zgodził się
zbezcześcić swój zawód i zanieczyścić wody
sprawiedliwości fałszywym świadectwem - na pewno
udzieli mu odpowiedniego ostrzeżenia. Powie świadkowi,
że w sprawach, co do których nie został poinstruowany,
ma wiedzieć i pamiętać tak mało, jak tylko jest to możliwe.
Rezultatem będzie sytuacja, w której jego świadectwo -
zwłaszcza w sprawach, w których będzie pytany przez sąd
- będzie chwiejne, pełne luk, niezrównoważone i
nienaturalne. Będzie wymawiał się za każdym razem
wygodnym dla siebie brakiem pamięci, który umożliwił
mu zapomnienie wielu ważnych okoliczności i faktów,
ale nie przeszkadza w zapamiętaniu wielu nieważnych. Będzie
zdradzał lękliwą niepewność w sprawie stanowczego
opowiedzenia się w każdej szczegółowej sprawie, w której
nie został poprzednio poinstruowany. Z drugiej strony świadek
prawdomówny jest zazwyczaj otwarty, a jego wypowiedzi
jasne i wyczerpujące. Wykazuje gotowość do
odpowiadania na wszystkie pytania, nawet te, które
dotyczą najdrobniejszych szczegółów, i wydaje się całkowicie
nieporuszony pytaniem sprawdzającym lub wykazującym
sprzeczność w jego świadectwie. Jego świadectwo jest
więc zrównoważone, naturalne i szczegółowe.
Otóż te ostatnie cechy znamionują każdą kartę
historii Nowego Testamentu. Autorzy ewangeliczni pisali z
najwyższą swobodą i zapisywali szczegółowo maniery,
zwyczaje, nawyki i fakty historyczne im współczesne.
Naturalność i szczerość ich pism są po prostu
zdumiewające. Nigdzie nie ma śladu próby ukrycia czegoś,
załatania czy dopasowania. Nigdzie w ich pismach nie
pojawiają się żadne zdania wprowadzające ani następujące
po nich wyjaśnienia, które zazwyczaj są cechami fałszywego
świadectwa. Odnosi się wrażenie, że nigdy nie naginają
rzeczywistości do takich o niej wyobrażeń, aby
czytelnikom łatwiej było uwierzyć w to, co napisali.
Ich narracje wydają się mówić: to jest zapis prawdy,
a jeśli świat odrzuci go, to tym samym odrzuci fakty
historyczne. Taka naturalność i pewność wywierają
zawsze nieodparte wrażenie prawdy i w każdej debacie są
uznawane za nieomylne jej oznaki.
Należy stwierdzić, że ewangeliści byli w pełni świadomi
niebezpieczeństwa wynikającego ze zbyt wielkiej szczegółowości
fałszywego świadectwa i z pewnością, gdyby ich słowa
nie były prawdziwe, obawialiby się przytaczać tak
wiele szczegółów. Przedstawiliśmy już opinię
profesora Holtzmanna z Heidelbergu, mówiącą, że
Ewangelie synoptyczne zostały spisane między 60 a 80
rokiem po Chr. Pewne jest, że w tym czasie żyło
jeszcze ciągle wielu ludzi, którzy dobrze znali
wydarzenia z życia Zbawiciela, Jego naukę oraz dziesiątki
innych faktów i okoliczności podawanych przez świętych
pisarzy. Św. Paweł (1 Kor 15,6) mówi o pięciu setkach
braci, którym zmartwychwstały Jezus ukazał się
jednocześnie, po czym dodaje: "(...) większość z
nich żyje dotąd, niektórzy zaś pomarli". A
trzeba pamiętać, że ta szczególna grupa ponad dwustu
pięćdziesięciu ludzi z pewnością nie obejmowała
wszystkich, którzy w tamtym okresie zachowali dokładną
pamięć o Mistrzu, Jego nauczaniu i cudach. Wielu ludzi,
którzy zostali przez Niego uzdrowieni, dzieci, które
siadywały na Jego kolanach i były przez Niego błogosławione,
wielu członków stronnictw faryzeuszów i saduceuszów,
którzy prześladowali Go i doprowadzili do Jego śmierci,
bez wątpienia ciągle żyło i miało w pamięci żywe
wspomnienia posługi Nazarejczyka. Ludzie ci mogliby
zaprzeczyć, kierując się swoją osobistą wiedzą, fałszywym
stwierdzeniom przedstawianym przez ewangelistów. Świadomość
tego faktu byłaby sama w sobie silnym motywem zmuszającym
do mówienia prawdy.
Prawdziwość Ewangelii nie tylko nie została obalona
przez współczesnych im pisarzy, lecz nie została także
przekreślona przez późniejsze badania naukowe i
historyczne. W tym momencie doszliśmy do bezpośredniego
zastosowania testu zgodności świadectwa ewangelistów
ze współczesną im historią. Jako ilustracje zostaną
przedstawione jedynie fakty z historii świeckiej,
potwierdzające okoliczności towarzyszące procesowi i
ukrzyżowaniu Mistrza.
Ewangeliści piszą, że Chrystus był sądzony przez
Poncjusza Piłata. Zarówno Józef, jak i Tacyt mówią
nam, że Piłat był prokuratorem Judei w tym czasie.
W J 18,31 czytamy: "Piłat więc rzekł do nich:
>Weźcie Go wy i osądźcie według swojego prawa<.
Odpowiedzieli mu Żydzi: >Nam nie wolno nikogo zabić<".
Od wielu świeckich historyków starożytnych i nowożytnych
dowiadujemy się, że władza nad życiem i śmiercią
została zabrana Żydom i przekazana prokuratorowi
rzymskiemu.
W J 19,16-17 czytamy: "Zabrali zatem Jezusa. A On
sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem
Czaszki (...)". Zdanie potwierdzające znajdujemy w
pismach Plutarcha: "Każdy rodzaj przestępstwa daje
w rezultacie właściwą sobie udrękę; tak jak każdy złoczyńca,
gdy jest prowadzony na egzekucję, niesie swój własny
krzyż".
W Mt 27,26 czytamy: "(...) Jezusa kazał ubiczować
i wydał na ukrzyżowanie". To, że biczowanie było
wstępem do egzekucji u Rzymian, poświadczone jest przez
wielu pisarzy starożytnych, wśród których można
wymienić Józefa i Liwiusza. Następujące teksty
pochodzą z dzieł Józefa:
"(...) którego ukrzyżował wpierw ubiczowawszy".
"Po ubiczowaniu zostali ukrzyżowani naprzeciw
Cytadeli."
"Został spalony żywcem po biczowaniu."
Z dzieł Liwiusza wystarczy pojedyncze zdanie: "Wszyscy
zostali wyprowadzeni, ubiczowani rózgami i zgładzeni".
W J 19,19-20 czytamy: "Wypisał też Piłat tytuł
winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane:
>Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski<. (...) A było
napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim".
Rzymski zwyczaj przybijania oskarżenia do narzędzia
kary jest wspomniany przez kilku pisarzy starożytnych, wśród
nich Swetoniusza i Kasjusza Diona. W dziełach
Swetoniusza pojawia się następujące zdanie: "Wystawił
ojca rodziny dla psów z takim tytułem: >Gladiator,
bezbożny w mowie<". U Kasjusza Diona można
przeczytać: "Przeprowadziwszy go przez środek sądu
i zgromadzenia z napisem oznajmiającym przyczynę jego
śmierci, ukrzyżowali go".
W końcu czytamy w J 19,32: "Przyszli więc żołnierze
i połamali golenie tak pierwszemu jak i drugiemu, którzy
z Nim byli ukrzyżowani". Kara krzyżowania została
zniesiona edyktem Konstantyna. Pisząc pochwałę tego
edyktu, pewien sławny pisarz pogański wymienia
okoliczności łamania goleni. "Był on do tego
stopnia pełen miłości, że pierwszy zniósł bardzo
starożytną karę - krzyż połączony z łamaniem
goleni".
Jeżeli zestawimy wąski krąg faktów związanych z
procesem i ukrzyżowaniem Jezusa ze znanymi wydarzeniami
z ówczesnej historii i będziemy rozważali opowieści
ewangeliczne jako całość, stwierdzimy, że są one
potwierdzone przez fakty z historii powszechnej. Badanie
Ewangelii ujawni także zawarty w nich element Boży, co
stanowi ostateczny dowód ich prawdziwości i rzetelności.
Omówienie Bożego czy duchowego elementu w historiach
ewangelicznych wykracza jednak poza cel tej rozprawy. Końcowe
jej strony zostaną poświęcone rozważeniu ludzkiego
elementu w narracjach Nowego Testamentu. Nie będzie to
więc nic więcej niż rozwinięcie pięciu prawniczych
testów wiarygodności wymienionych przez Starkiego.
Przez ludzki czy też historyczny element wiarygodności
w narracjach ewangelicznych rozumiemy podobieństwo faktów
przedstawianych w nich do zapisanych w świeckich
historiach o uznanym autorytecie, których twierdzenia
zwykliśmy przyjmować za prawdziwe. Wzajemne relacje
faktów historycznych oraz związki i połączenia
wydarzeń znanych - albo uważanych za prawdziwe - z
innymi, które staramy się udowodnić, tworzą
fundamentalną podstawę wiary i są rzetelnymi sposobami
dowodzenia. Nawet najbardziej powierzchowne przejrzenie
Nowego Testamentu ujawnia uderzające podobieństwo między
opisywanymi tam wydarzeniami a dobrze znanymi faktami, o
jakich donoszą świeccy historycy, których słowom bez
zastrzeżeń wierzymy. Przedstawmy kilka przykładów i
zwróćmy uwagę na kilka takich podobieństw.
Opisując trwogę Zbawiciela w Ogrodzie Oliwnym, św. Łukasz
mówi: "Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się
modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące
się na ziemię".
To dziwne zjawisko "krwawego potu" jest tak
rzadkim wydarzeniem, że często zaprzeczano prawdziwości
tego faktu. Opis ten bywał przypisywany przesadnej
wyobraźni trzeciego ewangelisty. A jednak podobne
zdarzenia są potwierdzone w dziełach świeckich pisarzy.
Tissot donosi o przypadku, w którym "pewien żeglarz
tak przeraził się sztormem, że z przerażenia upadł,
a jego twarz pokryła się krwawym potem, który w czasie
całego sztormu - jak zwykły pot - powracał po otarciu".
Schenck donosi: "Zakonnica wpadła w ręce żołnierzy
i zobaczywszy siebie otoczoną mieczami i sztyletami grożącymi
natychmiastową śmiercią, tak bardzo tym się przeraziła
i została wstrząśnięta, ża każda część jej ciała
zaczęła krwawić i umarła ona z upływu krwi na oczach
swoich napastników". Pisząc o śmierci Karola IX,
króla Francji, Voltaire stwierdził: "Choroba, która
spowodowała jego śmierć, była bardzo niezwykła; jego
krew wypływała ze wszystkich porów jego ciała.
Choroba ta, której kilka przykładów zanotowano, jest
albo rezultatem najwyższego przerażenia, szaleńczej męki,
albo gwałtownego lub melancholicznego temperamentu. To
samo wydarzenie zostało plastycznie opisane przez
pewnego francuskiego historyka, De Mezeraya: "(...)
długo walczył przeciwko swojej chorobie i został przez
nią w końcu pokonany na swoim łożu w zamku Vincennes
około 8 maja 1574 roku. Podczas ostatnich dwóch tygodni
życia jego organizm dokonywał dziwnych wysiłków.
Dotknięty był spazmami i konwulsjami najwyższej gwałtowności.
Przewracał się i rzucał się nieustannie, a jego krew
wypływała ze wszystkich otworów jego ciała, nawet z
porów skóry, tak że pewnego razu znaleziono go
oblanego krwawym potem".
Jeżeli ów żeglarz, owa zakonnica i król Francji przeżywali
coś, co opisane zostało jako "krwawy pot",
dlaczego miałoby wydawać się niewiarygodne, iż człowiek
o imieniu Jezus, cieśla z Nazaretu, mógł mieć podobne
przeżycie? Jeżeli mamy wierzyć Tissotowi, Schenckowi i
Voltaire'owi, dlaczego nie mielibyśmy uwierzyć św. Łukaszowi?
Jeżeli św. Łukasz powiedział prawdę w tej sprawie,
dlaczego mielibyśmy wątpić jego słowom dotyczącym
innych spraw związanych z życiem, śmiercią i
zmartwychwstaniem Syna Bożego? Czyż Voltaire,
najgenialniejszy i największy sceptyk, nie potwierdza w
tej szczególnej sprawie słów biografa Chrystusa?
Przejdźmy do innego przykładu potwierdzenia poprzez
podobieństwo. Opisując ukrzyżowanie, św. Jan napisał:
"(...) jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu
bok i natychmiast wypłynęła krew i woda". Wczesna
krytyka sceptyczna zaprzeczała opisowi wypłynięcia
krwi i wody z boku Zbawiciela, ponieważ inni ewangeliści
nie wspominają o tym wydarzeniu i - jak uznano - jest to
fakt nienaukowy. Lecz współczesna nauka medyczna wykazała,
że Jezus umarł na pęknięcie serca. Około połowy
poprzedniego wieku znany angielski lekarz i chirurg,
doktor Stroud, napisał rozprawę zatytułowaną Medyczna
przyczyna śmierci Jezusa. W tej książce udowodnił
bardzo jasno, że bezpośrednią przyczyną śmierci
Jezusa na krzyżu było pęknięcie serca. Na
potwierdzenie tego faktu przedstawił wiele argumentów.
Między innymi twierdził, że pęknięcie serca jako
przyczyna śmierci Męża Boleści jest potwierdzona
przez krótki czas, podczas którego pozostawał On na
krzyżu, i Jego głośny krzyk, zanim "oddał ducha".
Lecz najsilniejszym dowodem według autora tego dzieła
jest fakt, iż po przebiciu włócznią z Jego boku wypłynęły
krew i woda. Doktor Stroud stwierdza, że to się dzieje
często, gdy serce zostanie w nagły i gwałtowny sposób
przebite z zewnątrz po śmierci spowodowanej jego pęknięciem.
W ciągu kilku godzin po śmierci wywołanej tą przyczyną
krew często rozdziela się na swoje części składowe:
crassamentum - delikatną, grudkowatą substancję koloru
ciemnoczerwonego i serum - blady, wodnisty płyn.
Popularnie są one nazywane krwią i wodą. Wypłyną one
oddzielnie, jeżeli osierdzie i serce zostaną gwałtownie
przekłute czy rozdarte. W traktacie tym cytowanych jest
wiele autorytetów medycyny, a wnioski w nim zawarte są
potwierdzone przez kilku najsławniejszych lekarzy i
chirurgów Anglii.
Bardzo prawdopodobne jest, że św. Jan nie znał
medycznej przyczyny dziwnego wypływu krwi i wody z boku
Jezusa. Wydaje się, iż obawiał się, że słowom jego
nie będzie się wierzyło, ponieważ w następnym
wersecie przezornie mówi światu, że widział to osobiście.
"Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo
jego jest prawdziwe: on wie, że mówi prawdę, abyście
i wy wierzyli".
Tutaj także - w sprawie wypłynięcia krwi i wody z boku
Jezusa - współczesna wiedza medyczna potwierdziła
prostą narrację łagodnego i pełnego miłości
ewangelisty.
Jeszcze inną ilustracją podobieństwa, współgrania i
potwierdzenia faktu jest incydent związany z
aresztowaniem Jezusa w Ogrodzie Oliwnym. Św. Jan pisze:
"Skoro więc rzekł do nich: >Ja jestem<, cofnęli
się i upadli na ziemię".
Jest to tylko jeden z kilku znanych w historii przypadków,
w których zwyczajni ludzie zostali oszołomieni i
sparaliżowani w obecności wybitnego człowieka, któremu
zamierzali uczynić coś złego. Gdy Sulla posłał
pewnego galijskiego kawalerzystę do Minturnae, aby zabił
Mariusza, ów wielki "rzymski lew" powstał i
rzucając ogień oczami skierował się w kierunku
kawalerzysty, który z najwyższym przerażeniem uciekł
z tego miejsca, krzycząc: "Nie potrafię zabić
Caiusa Mariusa!"
Z Ewangelii św. Mateusza dowiadujemy się, że w
momencie aresztowania w Ogrodzie Oliwnym "wszyscy
uczniowie opuścili Go i uciekli".
Nie jest to wyizolowany przypadek tchórzostwa i dezercji.
Jest to jedynie ilustracja powszechnej prawdy: tłum będzie
ślepo szedł za mistrzem i do szaleństwa uwielbiał
bohatera czy proroka w godzinie jego triumfu i zwycięstwa,
lecz opuści go i ucieknie w momencie jego upokorzenia i
ukrzyżowania.
Weźmy pod uwagę spalenie Savonaroli. Ten ksiądz-patriota
z Republiki Florenckiej wierzył, iż jest natchniony
przez Boga; jego heroiczne życie i męczeńska śmierć
wydają się usprawiedliwiać jego słowa. Na ambonie kościoła
św. Marka stał się heroldem i zwiastunem reformacji, a
pełni poświęcenia zwolennicy chłonęli jego słowa,
jak gdyby były natchnionymi kazaniami z nieba. A jednak,
gdy inkwizycja skazała go na spalenie na stosie i wiązki
chrustu zapaliły się wokół niego, ten sam tłum, który
przedtem go podziwiał, teraz wymyślał mu, drwił z
niego i szydził z jego męczeństwa.
Weźmy pod uwagę karierę Napoleona. Gdy słońce
Austerlitz wzniosło się nad światem, cały naród
francuski oszalał z miłości i oddania dla swego
cesarza, który kiedyś był szarym Korsykańczykiem.
Lecz gdy wojska sprzymierzonych wkraczały do Paryża po
bitwie pod Lipskiem, ten sam naród francuski zaparł się
swego cesarskiego bożyszcza, postrącał jego obrazy,
unieważnił jego dekrety i zjednoczył się z całą
Europą, żądając jego dożywotniego wygnania z Francji.
Potem nastąpiło wygnanie na Elbę. Lecz historyczny
melodramat ludowej wierności i zmienności jeszcze się
nie skończył. Gdy ten sam Napoleon w kilka miesięcy później
uciekł ze swego więzienia na wyspie na Morzu Śródziemnym
i wylądował na wybrzeżach Francji, naród francuski
znowu szalał z radości, witając wygnańca z otwartymi
ramionami, niemalże zadusił go swoimi pocałunkami. Minęło
sto dni. Na przerażającym polu bitwy pod Waterloo
"szansa i los połączyły się, aby zniszczyć
fortunę swego byłego króla". Znowu zmienny tłum
Francuzów złorzeczył swemu upadłemu monarsze, ogłosił
koniec dynastii napoleońskiej i powitał okrzykami radości
powrót wygnanego Burbona, Ludwika XVIII.
Gdy ewangelista pisał: "wszyscy uczniowie opuścili
Go i uciekli", dał jedynie wyraz prostej prawdzie,
którą odzwierciedla i potwierdza cała historia.
Podobieństwa historii świętej i świeckiej nie
ograniczają się do samych faktów. Wydaje się, że
historia świecka stworzyła w pewnych okresach postacie
bardzo podobne do tych, które znamy z historii świętej.
Podobieństwo jest często tak uderzające, że aż wywołuje
zdumienie. Kto przypomina św. Piotra, jeżeli nie marszałek
Ney? Piotr był przywódcą apostolskiej Dwunastki - Ney
był szefem dwunastu marszałków Napoleona. Piotr był
impulsywny i gwałtowny - podobnie Ney. Piotr był tym,
który pierwszy przemawiał i działał we wszystkich nagłych
wypadkach apostolskiej posługi. Ney, jak mówi nam
Dumas, zawsze niecierpliwił się, chcąc rozpoczynać
bitwę i dowodzić pierwszym atakiem. Piotr
prawdopodobnie ostatni opuścił ogród, w którym
rozpoczęła się wielka tragedia jego Mistrza. Ney był
ostatnim, który wycofał się z Rosji ogarniętej przez
straszliwą zimę, w której wyraźnie widać było początki
końca kariery jego wielkiego monarchy. Piotr zaparł się
Jezusa, Ney odtrącił Napoleona, a nawet ofiarował się
- w czasie jego ucieczki z Elby - dostarczyć go w klatce
Ludwikowi XVIII. Piotr został następnie ukrzyżowany z
powodu swego oddania Jezusowi, którego wcześniej się
zaparł, Ney został zabity z powodu lojalności wobec
Napoleona, którego kiedyś odtrącił.
Podane tutaj przykłady polegają na porównywaniu i
oparte są na podobieństwie. Ilustracji takich można by
przytaczać wiele, lecz sądzę, że w sprawie tej
powiedziano już wystarczająco dużo. Na zakończenie
tego krótkiego omówienia elementu ludzkiego w Piśmie
Świętym można jeszcze wspomnieć o innym teście
prawdy, który może być zastosowany do ewangelistów.
Test ten nie pochodzi z porównania opartego na jakiejś
szczególnej grupie faktów historycznych. Wypływa on z
łatwo zauważalnego i niemożliwego do oddzielenia związku
między słowami autorów Ewangelii a doświadczeniem
ludzkości. Do zobrazowania tego punktu wystarczy jedna
ilustracja. Gdy Jezusa przybijano do krzyża, to smutne
widowisko miało miejsce pod nieobecność Apostołów, z
wyjątkiem św. Jana. Mężczyźni, którzy przedtem
chodzili z Nazarejczykiem, nie podtrzymywali Mistrza i
nie łagodzili Jego cierpienia w szczytowym momencie
konania. Towarzyszące Mu kobiety były jednak z Nim do
końca. Maria, Jego Matka, Maria Magdalena, Maria, żona
Kleofasa, Salome, matka Jana Ewangelisty i inne spośród
"kobiet, które szły za Nim z Galilei", posługiwały
Mu w Jego cierpieniach i pocieszały Go swoją obecnością.
Były one ostatnimi ludźmi, którzy przywarli do Jego
krzyża i pierwszymi, którzy powitali Go rankiem
trzeciego dnia. Gdy bowiem świt zmartwychwstania zajaśniał
nad światem, te same kobiety spiesznie zdążały do
grobu, niosąc maści - wonną ofiarę nieśmiertelnej miłości.
Co za kontrast między oddaniem i poświęceniem kobiet a
zmiennością mężczyzn, którzy kroczyli śladami Męża
Boleści w Jego ostatnich dniach! Jeden z Apostołów
zaparł się Go, inny zdradził Go, a wszyscy z wyjątkiem
jednego opuścili Go w zmaganiu ze śmiercią. Jego
rodacy ukrzyżowali Go haniebnie. Żadna jednak z kobiet
wymienionych w Nowym Testamencie nigdy nie podniosła
swego głosu przeciwko Synowi Bożemu.
Ten płynący ze świętych stronic obraz poświęcenia
kobiet jest odzwierciedlony w historii powszechnej i
ludzkim doświadczeniu. Nie trzeba wielu przykładów.
Wystarczy powiedzieć, że gdy św. Mateusz, św. Marek,
św. Łukasz i św. Jan mówią nam o tym poświęceniu,
po prostu odpowiadamy: "Tak, tak zawsze było we
wszystkich krajach i w każdym czasie". Wiemy o tym
nie tylko z historii, ale także z naszego własnego doświadczenia
we wszystkich dziedzinach życia - począwszy od kołyski
aż do grobu. Noc boleści nigdy nie staje się tak
ciemna, żeby miłość matki nie rozświetliła jej
mroku. Kryminalny wyrok wydany na przewrotnego syna nigdy
nie stanie się tak czarny, aby jej ramiona nie znalazły
się przy nim. W całym zakresie - począwszy od pełnej
miłości lojalności wobec kochanej osoby aż do
patriotycznego poświęcenia sprawom narodu - wierność
kobiety jest nieśmiertelna. Mówi się, że kobiety
francuskie zapłaciły Niemcom dług wojenny. Słowa
wypowiedziane przez spartańską matkę do jej syna-żołnierza
są zbyt dobrze znane, aby je powtarzać. Gdy legiony
Scypiona otoczyły mury Kartaginy i desperacja ogarnęła
mieszkańców tego punickiego miasta, kartagińskie
kobiety obcinały swoje długie czarne włosy, aby wykonać
z nich cięciwy do kartagińskich łuków. Przykłady można
by mnożyć; te, które zostały podane, wystarczą
jednak, aby wykazać, że Maria, Marta i Salome, kobiety
z Ewangelii, są po prostu jednymi z wielu pełnych poświęcenia
kobiet na tym świecie.
Gdy dochodzimy do podsumowania, musimy stwierdzić, że
jeżeli historycy ewangeliczni nie są wiarygodni, to nie
mamy też żadnych podstaw do racjonalnej wiary w świeckie
kroniki ludzkiej historii. Żadna inna literatura nie
wytrzymuje tak dobrze badania historycznego jak biografie
Nowego Testamentu. Możemy powiązać naszą współczesną
Biblię z Biblią apostolską nie jakimś pojedynczym łańcuchem,
lecz trzema wielkimi łańcuchami. Wielkie rękopisy:
watykański, aleksandryjski i synajski, pochodzące z IV
i V wieku, muszą być kopiami oryginałów, albo
przynajmniej pierwszych kopii. Na podstawie tych rękopisów
opracowano znany obecnie tekst Biblii.
Różne wersje i tłumaczenia oryginału Pisma Świętego
- z języków, w których zostało ono najpierw napisane,
na inne języki - tworzą doskonale połączenie między
dniami Apostołów a naszymi czasami. Wulgata, sławne tłumaczenie
łacińskie św. Hieronima, zostało ukończone w roku
406. Ten wielki uczony sam powiedział, że przy
dokonywaniu tłumaczenia posługiwał się "starożytnymi
(greckimi) kopiami". Rękopisy, które były "starożytne"
na przełomie IV i V w., musiały być albo pismami
oryginalnymi, albo przynajmniej pierwszymi kopiami. Cała
więc Wulgata jest doskonałym historycznym połączeniem
między Biblią, którą czytamy dzisiaj, a tą, którą
czytali pierwsi chrześcijanie.
Także pisma Ojców Kościoła tworzą łańcuch, w którym
nie brakuje żadnego ogniwa między Biblią naszego
pokolenia a Biblią pierwszego pokolenia uczniów
Chrystusa. W pełni słuszne jest twierdzenie, że gdyby
wszystkie Biblie na świecie zostały zniszczone, można
by zrekonstruować niemalże doskonałą Biblię z cytatów
zamieszczonych w różnorodnych książkach - tak są one
liczne i tak dokładne. Poczynając od Barnaby i
Klemensa, towarzyszy św. Pawła, poprzez wszystkie wieki
nie ma ani jednego pokolenia, w którym jakiś książę
czy dostojnik Kościoła nie zostawiłby na piśmie
przekonującego materiału dowodowego, że księgi
Starego i Nowego Testamentu, czytane w jego dniach, są
identyczne z tymi, które czytali pierwsi wyznawcy naszej
wiary. Łańcuch dowodów - rozpoczęty od pism
pierwszych Ojców - składa się z setek ogniw. Każde z
nich jest doskonałe samo w sobie, a jednak są one
wzmocnione i zespolone setkami innych, aby uczynić każdy
z nich pojedynczo i wszystkie razem podwójnie silnymi.
Jeżeli te różne świadectwa, rękopisy, tłumaczenia i
pisma Ojców Kościoła zostaną potraktowane nie
pojedynczno, lecz łącznie, będziemy mieli nie tylko łańcuch,
lecz potężny, duchowy kabel łączący wiele przewodów,
ciągnący się przez wielkie morze czasu i łączący
naszą dzisiejszą Biblię w nierozerwalny sposób z
Biblią czasów apostolskich.
Jeżeli pojawi się sprzeciw, że te różne pisma mogły
zostać zniekształcone, zanim dotarły do nas przez
wieki - i że prawdopodobnie zostały zniekształcone -
można odpowiedzieć, iż fakty historyczne wykluczają
taką możliwość. Jak stwierdził Greenleaf, zazdrość
przeciwnych chrześcijaństwu sekt zachowała je od
zniekształcenia i sfałszowania. Można dodać, że oprócz
tych sekt istnieli nawet w najwcześniejszych latach
jawni i otwarci niewierzący, którzy atakowali główne
prawdy wiary chrześcijańskiej, a celami swoich ataków
uczynili historie ewangeliczne. Także oni wykryliby i
rozgłosili każdą próbę - pochodzącą z
jakiegokolwiek źródła - zniekształcenia tych pism.
Innym, końcowym i najprawdopodobniejszym powodem niezwykłego
przetrwania ksiąg Biblii jest pełna szacunku troska, z
jaką obchodzili się z nimi w każdym wieku ich
opiekunowie. Współczesnemu światu trudno jest w pełni
docenić znaczenie i zakres tego szacunku i troski. Należy
pamiętać, że przed wynalezieniem druku większość
ludzi nie mogła posiadać Biblii i nie posiadała jej. W
wiekach średnich posiadanie pojedynczej kopii wymagało
fortuny. Niezwykła rzadkość powodowała nie tylko zwiększenie
wartości handlowej, lecz powiększała także pełną
bojaźni świętość, jaką otaczano te cenne księgi -
zgodnie z zasadą, według której osoba króla staje się
świętsza i bardziej tajemnicza, gdy jest rzadziej
widywana publicznie. Synagogi i klasztory były przez
wiele wieków jedynymi posiadaczami świętych ksiąg i
świadome zniekształcenie jakiejkolwiek części Biblii
byłoby uznane niemal za bluźnierstwo wobec Boga albo
zbezczeszczenie relikwii. Już tylko te względy
wystarczają do wytłumaczenia, skąd wiemy, że Pismo Święte
dotarło do nas bez zniekształceń i przekłamań.
Dzięki testom prawniczym Starkiego zobaczyliśmy, że
ewangelistom należy wierzyć, ponieważ:
1. Byli oni uczciwi i szczerzy, tzn. sami
wierzyli, że mówią prawdę.
2. Bez wątpienia byli ludźmi o przynajmniej
przeciętnej inteligencji i byli naocznymi świadkami
faktów przedstawionych przez nich w Ewangeliach.
3. Byli niezależnymi od siebie historykami, którzy
pisali w różnych czasach i miejscach, a ich relacje
we wszystkich istotnych szczegółach potwierdzają
się nawzajem.
4. Z wyjątkiem kwestii cudów, których
nieprawdziwości sceptycyzm nigdy zresztą nie był w
stanie udowodnić w pełni, ich świadectwo zgadza się
całkowicie z ludzkim doświadczeniem.
5. Ich świadectwo współgra również w pełni i
rzetelnie z wszystkimi społecznymi, historycznymi i
religijnymi okolicznościami życia w ich czasach
oraz z nauką historii powszechnej każdego wieku.
Otrzymawszy ze starożytności nie zniekształcone orędzie
narodzone z prawdy, posiadamy doskonały zapis faktów,
dzięki którym możemy omówić proces Jezusa.
(Walter M. Chandler, The Trial of Jesus, Vol. 1, New York:
The Empire Publishing Co., 1908, ss. 12-70).
[ Spis
treści ]
|